A wszyscy oni z mojej byli gliny

Szczepana Twardocha poznałem podczas lektury „Króla”. Od razu wiedziałem, że to nasze nie ostatnie spotkanie. Po „Dracha” sięgnąłem trochę przypadkowo, bez dłuższego zastanowienia ani analizy. Po prostu we właściwym czasie był pod ręką i stał się takim niby nic, które w rezultacie zostaje z człowiekiem na długo. A może jest tak, ze po prostu lubię wszystkie nostalgiczne historie?Saga, to chyba najlepsze słowo by opisać gatunek, do którego należy „Drach”. Saga albo epopeja. Tyle że zarówno saga jak i epopeja kojarzy się nam z czymś monumentalnym, a już na pewno dość obszernym pod względem objętości. Nie wykluczam, że jest to typowe laickie skojarzenie, które z natury rzeczy mi się czasami przytrafia. Tymczasem „Drach” jest sagą, którą dało się upchnąć na zaledwie około 400 stronach. Ale wiem czyja to zasługa – ziemi.

Ziemia jest narratorem tej opowieści i chyba to mnie najbardziej zaskoczyło. Pod każdym względem. W pierwszej chwili uznałem to za nietuzinkowy pomysł (choć pewnie nie jest nowy, ani nowatorski?). Potem pomyślałem, że jest to zwyczajnie atrakcyjne dla czytelnika, wzbudza jego zainteresowanie i zaangażowanie w inny sposób niż narrator personifikowany. Wreszcie zrozumiałem, że takie prowadzenie narracji najwięcej daje autorowi, ponieważ pozwala na rzeczy całkowicie niecodzienne, rzec metafizyczne, nie burząc jednocześnie powagi i wiarygodności opowiadanej historii, choć wymaga zapewne sporo pracy.

Staruszka ziemia, jak śląska starka gawędzi, snuje, czasami trochę marudzi, rozkłada i przekłada jak karty w pasjansie – tematy, daty i wydarzenia. Opowieść układa się z górki i pod górkę, albo jak piasek przesypywany przez palce. „Czy to ma jakieś znaczenie? Żadnego i ogromne, jak wszystko.” – to jedno z najczęściej powtarzanych i odmienianych przez nią zdań. Gdy się nad nim zastanowiłem to uznałem, że jest to zdanie klucz do całej opowieści, być może do każdej opowieści w ogóle. Dla narratora w „Drachu” nic nie jest kwestią osobistą, do niczego się nie przywiązuje, nikogo nie ocenia, nie faworyzuje ani nie potępia. Do wszystkiego musimy dojść sami, zrozumieć i polubić bohaterów, albo wręcz przeciwnie. Ziemia nie narzuca nam niczego, po prostu opowiada to co się jej akurat przypomni.

Ale żeby nie było, „Drach” to nie żadne luźne przemyślenia, czy niepowiązane ze sobą fakty. To opowieść o najważniejszych wydarzeniach z życia 3 czy 4 pokoleń dwóch śląskich rodzin. Z rozsypywanych przez mruczącą ziemię puzzli wyłania się przejmująca i interesująca opowieść w wymiarze osobistym, historycznym i politycznym. I dodam to po raz kolejny, w żadnym z tych wymiarów narrator – ziemia nie zajmuje żadnego stanowiska, na poziomie emocji czy wartości. Dzięki temu, jako że nie mam specjalnych emocjonalnych związków ze Śląskiem, ze Śląskiem jako czymś odrębnym rzecz jasna, ale jestem Polakiem to siłą rzeczy polskie wątki robiły na mnie największe wrażenie i oddziaływały na moje emocje. Myślę też, że dzięki takiemu podejściu autora mogłem w jakimś stopniu (pewnie podstawowym) w sposób powiedzmy neutralny poznać i zrozumieć istotę śląskiej tożsamości.

Czy to miało jakieś znaczenie? Pomyślałem o sobie, historii swojej rodziny, jedno, dwa, trzy pokolenia wstecz. Przecież ja kompletnie nic o tym nie wiem. Czy to ma jakieś znaczenie? Więcej, urodziłem się i mieszkałem w mieście, w którym przed 1945 rokiem mieszkali Mazurzy, Prusacy, czy po prostu zwykli Niemcy. Czy to ma jakieś znaczenie? Skąd pochodzą moi przodkowie te trzy, cztery pokolenie wstecz, gdzie oni się urodzili, wychowali, z jakim kawałkiem ziemi związali swoje losy? Czy to ma jakieś znaczenie? Mógłbym tak długo. Ma, ma ogromne i nie ma żadnego. Jestem tym kim jestem – to ta prostsza odpowiedź, ale to że jestem jednak z czegoś wynika – i tu zaczynają się schody. Chciałbym, by kiedyś ktoś tak opowiedział o kimś takim jak ja, jak moi rodzice, dziadkowie i ich rodzice. O tej wędrówce ludów na odwiecznym pograniczu. To musiałoby być fascynujące. Być może tylko dla mnie?

Reszta jest ozdobą, ciekawostką, czymś dzięki czemu jeszcze bardziej „Drach” zostaje z człowiekiem. Autentyczny śląski dialekt, w którym bohaterowie prowadzą rozmowy, całkiem sporo zdań wypowiedzianych po niemiecku i po polsku, niemożliwy do ustalenia porządek chronologiczny, unosząca się w powietrzu metafizyka – to tylko te najbardziej wyraźne, ale warte odnotowania.

Szczepan Twardoch w sposób wyrachowany, przemyślany i najczęściej okrutny doświadcza bohaterów swoich książek, a przynajmniej tych dwóch, które do tej pory przeczytałem. Zakończenie „Dracha” przywołuje na myśl wszystkie te historie, które opowiadają o duszy, jej wędrówce i o tym że wszystko z czegoś wynika. W moim przypadku, przed oczami stanął oczywiście „Atlas Chmur” czy „Czasomierze”. Zamknąłem się w tym wąskim kręgu skojarzeń jakiś czas temu i nie mogę się z niego wydostać, prawdę mówiąc wcale nie chcę.

W tytule użyłem wersu z piosenki Lao Che – Govindam, w której narratorem też jest ziemia. Po raz pierwszy usłyszałem ją kilka lat temu, gdy tylko ukazała się płyta „Soundtrack”, od razu uznałem ją za wyjątkową. Miłego słuchania.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s