Dziewczyna z Australii i jej jazz

Wystarczy spojrzeć na to zdjęcie, prawda? Ono mówi wszystko. Gdybym jej nie znał to i tak w pierwszej kolejności zgadywałbym, że na co dzień śpiewa i że robi w to w niepowtarzalny, urzekający sposób. Ba, nawet zacząłbym przeglądać szufladki w głowie, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, czy my się skądś nie znamy? Ale na poważnie, ten tekst będzie nie tylko o pięknej kobiecie, ponieważ zdecydowanie więcej miejsca zamierzam poświęcić równie pięknej muzyce.

Kiedyś naiwnie myślałem, że łatwo jest śpiewać standardy, przecież tak wielu artystów to robi. Na pewno jest jakiś oczywisty komercyjny powód – dociekałem, a że sam raczej nie lubię się przemęczać to moje rozumowanie naiwnie krążyło wokół tego typu kwestii. W sumie to już od dawna tak nie uważam, ale postanowiłem o tym wspomnieć, ponieważ jest to pewnego rodzaju pułapka, w którą wpada wielu początkujących miłośników innych gatunków muzyki niż te najbardziej popularne. Tam przecież są tzw. covery, określenie w świecie na przykład jazzu – o ile się nie mylę – nieistniejące. W każdym razie mi kompletnie tu nie pasuje.

Wiele moich ulubionych płyt to płyty wokalistek, wokalistów i jazzowych instrumentalistów, którzy znani są z tego że śpiewają i grają tak zwane standardy. Istnieje coś takiego jak Great American Songbook, swego rodzaju almanach utworów z lat od 20′ do około 50′, które zostały na stałe zapisane w historii muzyki rozrywkowej. Pewnie dziś jest to taki open source, z którego może czerpać każdy, bez przejmowania się licencją i prawami autorskimi. Co do tego nie mam pewności, ale jakoś uparcie układa mi się to w taką właśnie całość.

Tak czy inaczej, wracając do pierwszej myśli – śpiewanie standardów to wbrew pozorom nie jest prosta sprawa. Od tego jak śpiewasz standardy całkiem sporo zależy. Jeżeli nie masz jeszcze własnych kompozycji cieszących się uznaniem publiczności, dobrze wykonywane standardy mogą zachęcić publikę do lepszego poznania Twojej twórczości. Jeżeli jesteś gwiazdą, której twórczość ma rzeszę oddanych zwolenników, to gdy bierzesz się za standardy siłą rzeczy oczekiwania są spore. Gdy ci nie wyjdzie, będą narzekać, zastanawiać się po co to zrobiłeś, ale gdy zrobisz to z klasą – powiedzą że jesteś genialny. Można by tak jeszcze długo analizować, ale napisać miałem o pewnej australijskiej dziewczynie. Więc ona moim zdaniem należy do tej pierwszej grupy.

Jak zawsze dwie godziny w jedną stronę, trzy pięknych jazzowych przeżyć i znów dwie nocą z powrotem. Mam czas żeby sobie wszystko poukładać, najpierw się dobrze mentalnie przygotować, później poświęcić się tylko muzyce, a na koniec wszystko dokładnie przemyśleć i podsumować. Ile to już razy napisałem tu, że przeżyłem coś wyjątkowego, że spotkałem dziewczynę której śpiew przyparł mnie do ściany? Conajmniej kilka i pewnie jeszcze nie raz tak napiszę.

Na scenę wyszła ubrana w czarną marynarkę i czarną sukienkę z baskijką, tyczkowata blondynka z pięknym, niewinnym i szczerym uśmiechem. Jej twarz mówiła wszystko, taką twarz mają artyści którzy jakkolwiek świadomi własnej klasy stawiają na pierwszym miejscu publiczność. Zależy im na dobrym przyjęciu, ale nie mają zamiaru nikogo kokietować, nie są też rażąco niedostępni. Zachowują się tak jak spotkany w barze nieznajomy, siedzący dwa fotele obok, wznoszący do góry swoje old fashioned mówiąc do ciebie: „jak leci stary? jak ci minął dzień? twoje zdrowie”. Tak, to jest tego typu bezinteresowność, którą z punktu widzenia wykonywanego zawodu możemy nazwać profesjonalizmem. Dziewczyna usiadła za fortepianem. Towarzyszyło jej całkiem sympatyczne trio: basista, perkusista i wyglądający jak Johnny Cash – gitarzysta, który zajął miejsce w centralnej części sceny, jak się wkrótce okazało nieprzypadkowo.

Po dwóch albo trzech kawałkach Sarah McKenzie całkowicie zdobyła publiczność. Jej słodko wypowiedziane „dzień dobry” i „pierogi” zrobiły swoje i naprawdę nie brzmiały naiwnie. Powiedziała przy okazji, że jest po raz pierwszy w Polsce i dodała, że właśnie zaczyna trasę koncertową, więc ma podwójny stres. Z piosenki na piosenkę byłem co raz bardziej przekonany o tym, że Sarah McKenzie wróci tu jeszcze nie raz i że za każdym razem będzie wracać jako większa artystka. Życzę jej tego z całego serca. Siedziałem w drugim rzędzie i gdy spoglądałem lekko w lewo, nasze spojrzenia spotykały się raz po raz. Naprawdę momentami czułem, że ona śpiewa dla mnie. Wiem, to zasługa miejsca, pierwsze rzędy tak mają. Kiedyś, gdy byłem młodszy żartowałem sobie, że gdyby w takiej chwili artystka, patrząc na mnie powiedziała: „ty, właśnie ty, chodź tu i wyjdźmy razem”, to nie zastanawiałbym się ani chwili. Wtedy w Ostrowie w Kinie Komeda przypomniało mi się to, uśmiechałem się więc do siebie i do pięknej Sarah. Ale nie tylko z nią nawiązałem coś na kształt metafizycznego porozumienia. Hugo Lippi, ten gitarzysta wyglądający jak Johnny Cash, też uśmiechnął się do mnie kilka razy i odpowiedział gestem, gdy ja zapewne wykonywałem jakieś na znak podziwu dla jego gry.

Najlepsze wydarzyło się na końcu. Drugi (nie wiem czy planowany) i ostatni bis został zagrany w kameralnym składzie, Sarah – siedząca na krzesełku przy fortepianie i Hugo – akompaniujący jej na gitarze. Ona nie grała, a mimo to śpiewała na siedząco, tak jak przez cały koncert. Wybrała piosenkę, którą zapamiętała z dzieciństwa jako jedną z ulubionych piosenek swojego ojca. Zabrzmiały takty Moon River, wykonywanej przecież przez Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany’ego, a ja po drugim wersie wiedziałem, że to jest najwspanialsze wykonanie tej piosenki jakie słyszałem dotychczas. To było tak osobiste, że zapomniałem o całym świecie, czułem się jakbyśmy na tej sali byli tylko we trójkę: Sarah, Hugo i ja. Do oczu napłynęły mi łzy, naprawdę się wzruszyłem i jak się za chwię okazało – nie tylko ja. Ostrowska publiczność żegnała Sarah na stojąco, a to jest bardzo mądra publiczność, moja Sarah dziękowała z autentycznym wzruszeniem i szacunkiem. Ta dziewczyna wydała mi się tak prawdziwa, że mógłbym przysiąc – spotkaliśmy się już kiedyś, w jakimś życiu, w innej czasoprzestrzeni i obyśmy się jeszcze kiedyś spotkali.

Mniej więcej to miałem na myśli, choć to wersja z innym gitarzystą i ktoś napisał słowo cover w tytule (ehh):

 

 

Źródło obrazka: http://www.sarahmckenzie.info (Sarah McKenzie 2016 Copyright Philippe LEVY-STABv.3)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s