Cywilizacyja wroga z innej planety

waroftheworlds

Co byś zrobił gdybyś znalazł się w sytuacji nieoczekiwanego zagrożenia? Zagrożenia być może tak wyimaginowanego i fantastycznego, że aż absurdalnego? Daruj sobie, tak naprawdę nie potrzebna mi twoja odpowiedź. Wszystkiego dowiedziałem się z dwóch książek, które ni stąd ni zowąd, nieproszone znalazły się w kolejce rzeczy do przeczytania.

Pierwsza z nich to „Kroniki marsjańskie” Raya Bradbury, którą polecił mi pewien o 10 niemalże lat młodszy kolega z pracy. W sumie to się nawet trochę zażenowałem, że nie znam tego tytułu i nic o nim wcześniej nie słyszałem. A może słyszałem, tylko gdy padło słowo „marsjańskie” to odłożyłem w głowie na półkę „kiedyś, jak będę miał czas, nic pilnego”? Tak czy inaczej zacząłem ją czytać gdy zobaczyłem błysk w oku młodego człowieka, który będąc wówczas w mniej więcej w połowie lektury mówił – ten błysk, a nie młody człowiek – że ma do czynienia z czymś intrygującym i dającym do myślenia, rzec że czyta o sobie. O! – pomyślałem, ja też lubię czytać o sobie, o ludziach, ich emocjach, zachowaniach, wartościach i słabościach.

„Kroniniki marsjańskie” to zbiór 26 krótkich opowiadań ułożonych chronologicznie, opisujących historię podboju Marsa przez ludzi. Gdybym o tym nie wiedział, powiedziałbym, że to 26 krótkich historii łączących się w logiczną spójną całość, historii które czyta się jednym tchem, najczęściej z ogromną refleksją i burzą egzystencjalnych myśli wokół siebie. Pan Bradbury napisał „Kroniki marsjańskie” w 1950 roku, prawie 70 lat temu. Można się wymądrzać, że w innej epoce, że nie miał pojęcia ani o Marsie, ani o podróżach kosmicznych, nie znał żadnej zaawansowanej technologii itp. Tylko, że ta książka ma z tym tak niewiele wspólnego, że mogła zostać napisana 50 lat wcześniej albo później i też byłaby aktualna. To niesamowite, gdy z opowiadania na opowiadanie uśmiech zmienia się w grymas, grymas w zadumę, zaduma w złość, a złość w smutek. Czytasz i dociera do ciebie, że to wszystko jest możliwe, że ludzie właśnie tacy są. Silni i słabi, mądrzy i głupi, szlachetni i podli, że tęsknią za tym czego nie mają, a gdy to dostają to już tego nie chcą, albo przeciwnie chcą jeszcze więcej i więcej. Gdy zestawisz to wszystko z problemami współczesnego świata, nie ważne czy skali mikro czy makro, dociera do ciebie, że ciągle obowiązują te same mechanizmy, że w gruncie rzeczy na płaszczyźnie socjologicznej i społecznej niewiele się zmieniło. Arogancja elit, egoizm bogatych i rozkapryszenie biednych – przecież oglądasz to codziennie, prawda?

Nie znam historii powstania „Kronik marsjańskich”, choć pewnie łatwo to sprawdzić. Wolę sam domyślać się związków z powojenną rzeczywistością, drugą wojną światową i latami ją poprzedzającymi. To był czas, gdy człowieczeństwo zostało wystawione na ogromną próbę, z którą podobnie jak na Marsie sobie nie poradziło.

Znalazłem w tej książce wiele fragmentów, które czytałem po kilka razy, wiele takich nad którymi zatrzymywałem się na dłuższą chwilę, wreszcie takie o których szybko chciałem zapomnieć, bo przywoływały najbardziej okrutne obrazy z historii Polski i świata. Tak, do tego stopnia „Kroniki marsjańskie” są uniwersalne. Oto jeden z moich ulubionych cytatów, zresztą dość znany:

„- Za czym się tak rozglądasz, tatusiu?
– Szukam ziemskiej logiki, zdrowego rozsądku, dobrych rządów, pokoju i odpowiedzialności.
– Wszystko to gdzieś jest?
– Nie. Nie zauważyłem. Już nie ma. Możliwe, że nigdy nie będzie. Może oszukiwaliśmy się, że kiedykolwiek było.”

Niedługo po tym gdy przewróciłem ostatnią stronę i utonąłem w wirze egzystencjalnych myśli ten sam kolega w jednej z naszych beletrystycznych rozmów wspomniał o „Wojnie Światów” Herberta George’a Wellsa. W jego oku nie było już tego błysku co poprzednio, ale ton jego słów sprawił, że znów poczułem jakiś smutek, a w powietrzu zapachniało refleksją na temat wyższych wartości. Moje rany są zbyt świeże, pomyślałem. Nie dam się w to ponownie wciągnąć. Kilka lat temu widziałem film z Tomem Cruisem i dokładnie wiem o co w tej historii chodziło i jak się skończyła.

Kilka dni później, w pewną bezsenną noc, około godziny 2:31 wziąłem ją do ręki i przed 4:00 zmusiłem się do ponownego zaśnięcia tylko i wyłącznie z racjonalnych pobudek. W przeciwnym wypadku trudno byłoby mi przestać. Tym razem Marsjanie mają ochotę na podbój Ziemi, choć rzecz jasna z chronologicznego punktu widzenia to oni jako pierwsi wystąpili w roli najeźdźców. Wells napisał bowiem swoją książkę w 1898 roku! Więc tym razem to my spotykamy na swojej drodze wielką niewiadomą, z którą kompletnie nie wiemy co począć. Chodzimy wokół, zastanawiamy się, próbujemy pertraktować, a tymczasem tajemniczy przybysze mają tylko jeden cel – naszą całkowitą anihilację. Głupio nam? A skąd, przyzwyczajeni jesteśmy, przecież wielokrotnie robiliśmy to samo w czasach kolonialnych, czy podczas starożytnych wojen. Kompletne wyniszczenie, bezrozumna czystka, zagłada. To są elementy naszej historii, a przez nią w jakimś sensie naszej rzeczywistości. I wtedy Wells pisze coś takiego:

„Ze wszystkich niezwykłych zjawisk oglądanych przeze mnie w ów piątek za najniezwyklejsze uważam trwałość zwyczajów panującego podówczas porządku społecznego, w momencie gdy rozpoczynały się zdarzenia, które miały ten porządek obalić.”

A przed oczami staje pierwsza wojna światowa, druga, holocaust, wojna na Bałkanach, albo w ekstremalnym przypadku dzisiejsza Ukraina. Może trochę przesadzam, ale jako główny punkt odniesienia cały czas mam w głowie rok wydania tej powieści. Byłem przerażony bezbronnością i bezradnością ludzi, wyobrażałem sobie ten chaos, anarchię i brak nadziei. Konwencjonalne użycie konwencjonalnych metod przeciwko całkowicie niekonwencjonalnym działaniom wroga. Wrzesień 1939! Kompletny brak pomysłu na wyjście z tej sytuacji. Uderzył mnie przy tym reporterski styl narracji. Pewnie tak wyglądały obszerne prasowe historie pisane w końcu XIX wieku. Tak czy inaczej, czytałem wszystko z zapartym tchem, kibicując głównemu bohaterowi i będąc pewien, że ja zachowałbym zimną krew podobnie jak on. Płonne nadzieje. Jeden na kilka milionów. Ja?

Wells wymyśla przeróżne rzeczy związane z Marsjanami, opisuje ich wygląd, wygląd ich maszyn i statków kosmicznych (oczywiście nie używa takiego określenia), którymi przybywają na Ziemię. Szczegółowo wdaje się w kwestie technologiczne związane z wykorzystywaną przez nich bronią i ich funkcjami życiowymi. W pierwszej chwili brzmi to wszystko bardzo archaicznie, ale szybko przypomnisz sobie w którym roku on to wszystko pisał i wtedy pojawi się w głowie duży znak zapytania. Wtedy zajrzałem do Wikipedii i wszystko stało się jasne:

„Druga połowa XIX wieku przyniosła nowe rewolucyjne wynalazki: maszynę do pisania (1867), telefon wynaleziony przez Aleksandra G.Bella (1876), czterosuwowy silnik spalinowy (1876) i fonograf Thomasa A. Edisona (1877). W 1879 roku amerykański wynalazca Thomas Alva Edison skonstruował pierwszą żarówkę elektryczną, a w 1882 zbudował pierwszą elektrownię miejską oświetlającą Nowy Jork. Ten elektryczny system oświetlenia znalazł szerokie zastosowanie na całym świecie. W 1881 roku Werner von Siemens opatentował tramwaj elektryczny, a w 1884 roku wynaleziono linotyp. Pod koniec XIX wieku wynaleziono samochód (1885), oponę pneumatyczną (1888) i kinematograf (1895).”

Ten facet żył w czasie, gdy tak jak dziś nowy iPhone wychodził co roku, ba – gdy prawie co roku powstawała nowa Tesla! Teraz już rozumiem. Czyżby?

Zarówno w przypadku Wellsa jak i Bradbury’ego technologia i futurystyczne wizje są tłem, tłem do zrozumienia siebie. Myślę sobie, że takie książki powinienem był czytać w liceum jako lektury. Niekoniecznie w zastępstwie innych, a dodatkowo. Dziś, w dobie mediów społecznościowych, marketingu społecznościowego, społecznościowego „wszystkiego” są jeszcze bardziej aktualne. Nasza społecznościowość dostarcza nam rozrywek, zaspokaja nasze ukryte pragnienia, pozwala się nam realizować w nowych obszarach, umożliwia podglądanie tych, do których boimy się zagadać w realu, mówi nam hejtuj kogo chcesz i trać swój honor dla kogoś innego. Może wreszcie powinna zacząć mówić nam co powinniśmy zrobić w sytuacji tak wyjątkowej, że aż trudno ją sobie wyobrazić? Oczywiście jeszcze nie wiem jak się to potoczy i uda, ale myślę, że to będzie w przyszłości jedno z jej głównych zadań.

Na zakończenie piosenka, która chcąc nie chcąc jako pierwsza przychodzi do głowy, z której wers wykorzystałem w tytule:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s