W mej głowie zabili mi Kennedy’ego

jfk

To było moje pierwsze od bardzo wielu lat spotkanie ze Stephenem Kingiem i muszę przyznać, że należało ono do tych najbardziej przyjemnych. Postanowiłem wyjaśnić to już w pierwszym zdaniu, ponieważ chciałbym tradycyjnie już napisać artykuł nie tylko o samej książce, a skupić się raczej na najważniejszych kwestiach w niej poruszonych. W „Dallas 63” mamy więc Kennedy’ego, mamy Lee Harveya Oswalda, ale przede wszystkim mamy Georga Ambersona, wielką miłość i bohaterską próbę zmiany przeszłości.

Latem 1995 moja ówczesna dziewczyna pożyczyła mi kilka książek Kinga. Jednym tchem przeczytałem „Carrie”, „Miasteczko Salem”, „Misery” i „Christine”. Byłem zafascynowany, aż do dnia w którym oglądnąłem ekranizację tej ostatniej. Mój Boże jakiż to był gniot, na poziomie odbioru i wrażeń – 180 stopni różnicy w stosunku do książki. Niedługo potem wpadł mi w ręce wywiad z Kingiem, w którym zdradzał tajemnice swojego warsztatu, a właściwie swojej pisarskiej fabryki. Przestałem go czytać, (prawdę mówić po drodze w ręce wpadł mi „Wielki Marsz” – genialny), chyba nawet przestałem go lubić, ale gdy patrzę na to z perspektywy to racjonalnym powodem w żadnym wypadku nie mógła być przecież ani pisarska fabryka, ani tym bardziej kiepska ekranizacja. Tak, to prawie na pewno była Ona.

Prawdopodobnie tego samego lata oglądnąłem film „JFK” Olivera Stone’a. Poddałem się mu całkowicie, zahipnotyzował mnie i dzięki niemu nadal od czasu do czasu lubię poszperać sobie w sieci wśród spiskowych teorii dziejów. Bądźmy szczerzy, w tamtym czasie uwierzyłem panu Oliverowi i pielęgnowałem tą wiarę. Kupowałem kiepskie książki tłumaczone z angielskiego przedstawiające nowe wątki zabójstwa prezydenta. Czytałem je wieczorami, zastanawiając się co by było gdyby JFK wówczas nie zginął.

Gdy usłyszałem o „Dallas 63” kilka miesięcy temu to nie miałem żadnych wątpliwości o czym jest ta książka. Zgadłem w ciemno, że tytuł wróży podróż w czasie i wizję czy próbę ocalenia Kennedy’ego. Pomyślałem też, że ona właściwie powstała dla kogoś takiego jak ja, któremu miks King – Kennedy stawia przed oczami rząd osobistych wspomnień. I nadal tak uważam.

Zazwyczaj nie mamy problemu z tzw. bliską przeszłością. Sam często powtarzam, że to co się właśnie stało, już się wydarzyło, tego już nie cofniesz. Zamiast narzekać i rozpamiętywać zacznij szukać rozwiązań. Idź do przodu, kształtuj przyszłość bo przeszłości zmienić nie można. Czym innym jest jednak ta dalsza przeszłość. Ona, a właściwie jej alternatywne warianty z natury rzeczy próbują dostać się do naszych marzeń i to jest najbardziej wyniszczające.

Odpuszczę sobie poszukiwanie skojarzeń z „Powrotem do przyszłości”. Każdy z chłopaków z lat 90’tych chciał przeżyć przynajmniej trochę tego czego doświadczył Marty McFly. Tyle, że to była zbyt atrakcyjna historia by wywołać większą refleksję od tej dotyczącej istnienia wielu alternatywnych czasoprzestrzeni. King na szalę kładzie o wiele cięższy odważnik – efekt motyla, umieszczając po drugiej stronie wagi dwie relatywnie małe rzeczy i worek z ciałem Kennedy’ego. Systematycznie, powoli wyjaśnia nam, że zmiana choćby najmniejszego elementu przeszłej układanki potrafi ją w konsekwencji zniszczyć lub ułożyć taką układankę, której nawet nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. To niby też już gdzieś kiedyś było, prawda? Ale u Kinga na dodatkowej platformie wjeżdża miłość, największe działo i to właściwie ona, a nie żaden tam Kennedy, skłania do właściwego zastanowienia nad przeszłością. Zamiast wizualizować sobie co by było gdyby, zaczynasz analizować własne życie, by za chwilę wyświetlić sobie o nim rzecz oczywistą, że to jak się ułożyło jest planem, czymś co owszem mogło potoczyć się inaczej, ale z wielu tysięcy powodów się nie potoczyło. Czy to dobrze, czy źle? Cóż za absurdalne pytanie. Skąd niby masz wiedzieć, przecież nie miałeś innego życia. Te ponad 800 stron płynie jak wartka rzeka. Jesteś w innym świecie i nim się spostrzeżesz okazuje się, że za rączkę zostałeś doprowadzony do tablicy, na której skrzypiącą kredą piszesz jedno zdanie: „nie chcę nic zmieniać w przeszłości” i w nie wierzysz. Myślę, że to najważniejsza myśl, która mi po „Dallas 63” pozostała. Akceptacja, a raczej jej ponowne uświadomienie, ale nie taka akceptacja, która kojarzy się z pogodzeniem, nie o taką chodzi. Na swój sposób poczułem się szczęśliwy.

„Dallas 63” przynosi ze sobą coś jeszcze i to jest druga największa wartość tej książki. Nie pamiętam czy kiedykolwiek widziałem Amerykę przełomu lat 50/60 przedstawioną tak pieczołowicie. King wie, że nasze mózgi najlepiej reagują na wyobrażenie zapachu i smaku. Serwuje nam więc wszechobecny papierosowy dym, ale nie zapomina o piwie imbirowym i prawdziwej żywności. Kobiety noszą podwiązki i dbają o swoją reputację, młodzież tańczy zwariowanego lindy hopa, nauczyciele są szanowani, w niektórych Stanach kolorowi mają nadal osobne toalety, po szosach jeżdżą krążowniki z płetwami i ogonami, a paliwo jest śmiesznie tanie. To tylko kilka przykładów. Nieskończoną ilość razy sięgałem do telefonu i sprawdzałem jak wyglądały opisywane przedmioty czy miejsca. Po skończonej lekturze właściwie jestem zdania, że to kolejny sprytny manewr Kinga, ale ja go przejrzałem i wiem co chciał osiągnąć 😉 Cały czas, po cichu i nieśmiało pytał: chcesz zmienić przeszłość? A gdy już usłyszałem ten szept, dodawał: proszę bardzo oto ona, przedstawiam ci ją w sposób najbardziej dokładny z możliwych, naciesz się nią, poczuj, dotknij, oczywiście w wyobraźni. I co? Podoba ci się? Tak? I nadal chcesz coś zmienić? No właśnie.

„Dallas 63” to w gruncie rzeczy bardzo prosta książka opowiadająca nieskomplikowaną historię, a jednak to jej powierzchowność. Tylko trochę głębiej leży kilka egzystencjalnych evergreenów, których nie sposób nie zauważyć. Dzięki temu i dzięki formie w jakiej wszystko to zostało podane mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z tych książek, które będę długo wspominał i kto wie, może kiedyś powiem nawet, że jest jedną z moich ulubionych.

W tytule wykorzystałem wers z piosenki „Chory na wszystko” zespołu Strachy na Lachy. Pamiętam, że gdy ją pierwszy raz usłyszałem, pomyślałem że Grabażowi się daty pomyliły. Nadal nie jestem pewien, czy może on śpiewał z perspektywy następnego dnia? Miłego słuchania:

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s