Mam dosyć tego miasta

chrysler-airflow

Rok 1937, Jakub Szapiro – bokser warszawskiego klubu Makabi i prawa ręka Kuma Kaplicy – watażki, rządzącego przestępczym półświatkiem tej części Warszawy, dokonuje egzekucji na niespłacającym długów, biednym ale religijnym żydzie – Naumie Bernsztajnie, a kilka dni później wygrywa walkę bokserską z Andrzejem Ziembińskim, znanym członkiem falangi. Tak zwyczajnie zaczyna się ta historia i dość zwyczajnie się toczy. I choć to jej ogromna zaleta to oprócz niej jest jeszcze kilka innych …

Dla kogoś w moim wieku dwudziestolecie międzywojenne to jedna z największych białych plam w naszej historii. Mam wrażenie, że gdy wiele lat temu byłem w szkole podstawowej, to na podręcznikowej osi czasu był rok 1918 i potem od razu 1939. Z kolei w liceum ewidentnie musiało zabraknąć czasu na dokładną analizę, a kto wie czy nie brakowało też źródeł i zwyczajnie nauczycielskiej wiedzy. Oczywiście zakładam też taką możliwość, że mój brak elementarnej znajomości tematu może wynikać wyłącznie z mojej ignorancji, ale daję tej możliwości nie więcej niż 10% szans. Ponieważ „Król” to nie pierwsza opowieść osadzona w tamtej epoce, dość wspomnieć cudownie odnalezionego „Wilka” Marka Hłaski, która pokazuje jej niesamowitą różnorodność i złożoność. To niby tylko dwadzieścia lat, ledwie dwie dekady, ale masz wrażenie, a właściwie pewność, że tamto młode polskie państwo było zupełnie czymś innym niż to w latach 50-tych czy 90-tych. Odbiegając trochę od tematu samego „Króla”, chętnie kiedyś przeczytałbym rozwinięcie powyższej tezy napisane obiektywnym piórem.

„Król” to jednak nie powieść historyczna, nie polityczna, ani nawet socjologiczna, choć każdy z tych elementów jest w niej bardzo ważny. To w zasadzie jedynie historia kilku miesięcy z życia Jakuba Szapiro, żydowskiego rzezimieszka, człowieka bezwzględnego, ale też takiego, który jak każdy szanujący się przestępca z tego typu opowieści – reprezentuje pewien niecodzienny zestaw wartości, rzec można – ma coś na kształt klasy. O jej wyjątkowości w największej mierze świadczy sposób jej opowiedzenia.

Na pierwszy ogień biorę tło – w wymiarze historycznym, geograficznym i społecznym. Do tej pory taką magię miejsc z minionej epoki odnajdywałem praktycznie wyłącznie w kryminałach Marka Krajewskiego. Imponowali mi jego bohaterowie, którzy do pracy chodzili w nienagannie skrojonych garniturach, płaszczach i kapeluszach, a każdym rejonie miasta bez trudu znajdowali znajomy wyszynk gdzie karafkę wódki zakąszali najczęściej obfitym posiłkiem w postaci golonki, gęsi czy kaczki, lub po prostu śledzikiem podanym tak, jak dziś już nie uświadczysz. Zawsze myślę o tych czasach, gdy raz na kwartał zdarzy mi się podążać z Bykiem i Hubertem od baru do baru z wiecznym odium niezadowolenia – bo dziś to zupełnie inne bary niż kiedyś, które mija dopiero po kilku głębszych. Więc Warszawa lat 30-tych ma u Twardocha właśnie ten intrygujący klimat, są gangsterzy w obstalowywanych garniturach od Zaremby, jeżdżący luksusowymi automobilami, są wyszynki, paszteciarnie i burdele. Jest brud żydowskiej biedy i blichtr tych, którzy do swojego stanu posiadania doszli nie do końca legalnie. Nie ma tylko zbyt wielu hintów – czyli policji.

Tło w wymiarze historycznym to przede wszystkim dość ciekawie narysowany obraz powiązań pomiędzy światem przestępczym, związkami zawodowymi i poszczególnymi opcjami politycznymi. Właśnie o braku tego rodzaju wiedzy pisałem kilka akapitów wcześniej. Być może dziś jesteśmy zaskoczeni tym jak łatwo jest wyprowadzić ludzi na ulicę, jak łatwo pomimo tak szerokiego dostępu do mediów, z których przynajmniej teoretycznie możemy dowiedzieć się co ma sens ideologiczny, a co jest zwykłą ustawką. W tym zaskoczeniu zapominamy, albo zwyczajnie nie wiemy, że kiedyś było znacznie łatwiej. Każdy liczący się obóz polityczny miał swoją bojówkę, zbrojne ramię, gotowe na każde wezwanie i na każdą okoliczność. Nie wspominam już nawet o szczegółowym opisie planowanego w 1937 roku zamachu stanu, który wydawał mi się całkowicie nieprawdopodobny, do momentu, w którym sprawdziłem na jednej ze stron poświęconych historii Polski. Ty biedny ignorancie.

Wreszcie warstwy społeczne, które w „Królu” są według mnie najciekawsze. Cała fabuła powieści to przenikanie się światów żydowskiego i polskiego w skali mikro – wzajemnej relacji poszczególnych bohaterów oraz w skali makro – w której górę bierze ideologia, poglądy polityczne i obyczajowe. Krótko mówiąc tam gdzie jest wspólny interes, wspólna praca do wykonania tam nie ma większego znaczenia, że jesteś Żydem a on jest Polakiem. Natomiast tam, gdzie interes się kończy pojawia się antagonizm, polegającym głównie na poszukiwaniu sprawcy wszystkiego złego i imaginowaniu wroga w najbliższym otoczeniu. Widziałem w kilku recenzjach, że zarzuca się Twardochowi nadmierne pokazywanie antysemityzmu. Mówiąc szczerze, nie znalazłem żadnego wątku, który by to potwierdzał. Tam gdzie pojawia się konflikt polsko żydowski, choćby ten pod sztandarem falangi, trudno go jednoznacznie określić jako przejaw antysemityzmu. Ale co ja się tam znam, wyobrażam sobie jednak, że takie były czasy i dopiero później również takie animozje społeczne i polityczne podciągnięto pod definicję antysemityzmu, która dzięki zupełnie innym wydarzeniom historycznym zdążyła zwiększyć swoją pojemność.

W drugiej kolejności myślę, że warto na „Króla” spojrzeć przez pryzmat patriotyzmu, który z kolei dziś wydaje się, że jest przez jednych nadmiernie upraszczany, wręcz dewaluowany, przez innych zawłaszczany, a przez jeszcze innych traktowany bardzo szeroko, jako najważniejsza wartość społeczna. Nie twierdzę, że jest w tym coś złego, nie jestem w stanie ocenić, który patriota jest najbardziej szlachetny. Wiem natomiast, że moje spojrzenie na tą kwestię po lekturze „Króla” zyskało i zostało trochę rozszerzone.

Ostatnia kwestia, na którą chciałem zwrócić uwagę to kobiety. W całej powieści nie ma ani jednej kobiety, którą mógłbyś bezceremonialnie pogardzać, choćby była najzwyklejszą prostytutką, ponieważ nie pogardza nią Jakub. Szapiro jest honorowy pod tym względem, dokonuje zemsty na oprawcach dziewcząt lekkich obyczajów, nigdy ich nie bije ani nie krzywdzi. Blisko siebie ma jednocześnie trzy kobiety – właścicielkę burdelu, którą kiedyś kochał miłością która zdarza się raz; własną żonę (choć ślubu formalnie nie mają), którą kocha tak jak się kocha własną żonę i siostrę znanego falangisty, w której zakochuje miłością, która zdarza się drugi raz i jest o wiele potężniejsza od tej pierwszej. Każda z nich jest inna i każda kocha Jakuba innym rodzajem miłości, a ta złożona relacja daje do myślenia jeżeli chodzi o relacje damsko męskie w ogóle.

Szczepan Twardoch nie wybiela swoich bohaterów, traktuje ich tak jak na to zasługują, jak traktuje się prostytutki, przestępców, złodziei i morderców. Wypowiada ich ustami słowa, które nawet dziś mogłyby niejednego zawstydzić. Ich rękami dokonuje czynów, które wydawały się zarezerwowane dla bardziej wyuzdanych i bezkompromisowych czasów. To może niektórych czytelników razić, ale wierzcie mi – nie jest pozbawione sensu.

To było moje pierwsze spotkanie z prozą Szczepana Twardocha i jestem przekonany, że nie ostatnie. Za zdjęcie tytułowe posłużył mi czerwony Chrysler Kuma Kaplicy. Wyobraźcie sobie, jakie uczucia wzbudzał gdy krążył po biednych żydowskich zakamarkach Warszawy. Natomiast w samym tytule wykorzystałem jeden z wersów piosenki „King” zespołu T.Love: „Mam dosyć tego miasta, czerwono czarnej mafii, czy mnie rozumiesz Lolo, czy wiesz co mnie trapi?”. Mam dosyć tego miasta – Jakub często to powtarzał.

 

 

Kto wie dlaczego główny bohater dostał imię i nazwisko po słynnym poniekąd, pochodzącym z Białegostoku twórcy języka esperanto? Bo ja nie wiem.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s