Chęć na Niechęć

niechec

Nie pamiętam już jak i gdzie wpadłem na Niechęć. Gdybym się postarał jestem w stanie dojść do tego mniej więcej kiedy to się stało, ale już nic poza tym. Dość, że gdy po raz pierwszy usłyszałem „Śmierć w miękkim futerku” poczułem jak w głowie otworzyła mi się szufladka, o której istnieniu niektórzy nawet nie wiedzą, a inni z uwagi na rzadkość zjawiska – zapominają. Szufladka z napisem „rzeczy przełomowe, genialne, absolutne perełki”. Powiem jeszcze więcej – jestem przekonany, że nie przesadzam.

Jedna z ostatnich niedziel i to w dodatku taka, która po dość aktywnej sobocie aż prosiła się o to by przeznaczyć ją wyłącznie na odpoczynek, szczególnie że poniedziałek zapowiadał się dość pracowity. Cóż, bilet miałem już od kilku tygodni i choć nie był drogi to ani myślałem, żeby zrezygnować. Na dobrą sprawę raz już zrezygnowałem kilka miesięcy temu, ale dziś nie pamiętam jakie wtedy były powody. Żeby dopełnić opis tła i okoliczności dodam, że pojechałem autem żeby nic nie pić i stawiłem się na miejscu dopiero około godziny 21, czyli mniej więcej o tej, o której według planu chłopcy mieli zacząć grać. Od razu wyznaczyłem też sobie ograniczenie, postanawiając że niezależnie od tego jak będzie wychodzę przed północą.

To nie wszystko. Koncert był w Meskalinie, klubie co do którego nie mam raczej dobrych skojarzeń, szczególnie tych światopoglądowych, a jego rozpoczęcie przesunęło się bagatela o prawie półtorej godziny. W pewnej chwili opuściłem już nawet moje strategiczne miejsce na jednym z foteli pod ścianą, by dać sobie szansę na spotkanie kogoś i na chwilę rozmowy. Nieopodal stał Rafał, gitarzysta, najstarszy z chłopaków. Podchodzę, zagaduję, pytam co będą grać. Rafał odbąkuje, że głównie nowy materiał, ale teraz to bardziej martwi go to, że 3/5 zespołu gdzieś wyparowało, albo jeszcze nie pojawiło się w klubie. Myślę sobie, Boże Święty, co za kolesie. I tak mają już niemałe opóźnienie, a tu  jeszcze wydaje się, że niewiele ich to obchodzi. Są jednak ostatnim zespołem występującym w ramach czterodniowego Festiwalu Przyjaciół Meskaliny, zespołem najbardziej z klubem zaprzyjaźnionym, więc pewnie im wolno więcej. Powiedziałem Rafałowi coś ogólnego o mojej egzaltacji Niechęcią i o szczególnych oczekiwaniach dotyczących koncertu. A niech się trochę postresuje pomyślałem. Usłyszałem nieśmiałe podziękowanie za dobre słowo i mój rozmówca uciekł w kierunku sceny. Nareszcie, pomyślałem.

Wyświetliłem prawie całe tło. Celowo pominąłem jakiegoś Ukraińca, który w stanie bardzo wskazującym przysiadł się tuż obok i niewybrednie zaczepiał wszystkie dziewczyny w okolicy, na przykład wypijając im piwo. Na szczęście nie miał tyle cierpliwości co ja i nie doczekał Niechęci.

Grubo po 22, albo prawie 23, gdy dyletanci (tak zacząłem już o nich myśleć) zaczynają grać. Za plecami zespołu, na białej płachcie wyświetlają się efekty zabawy z różnokolorowymi cieczami, uskutecznianej przez pewnego jegomościa, który stoi na podwyższeniu z przodu sali i używa takiego „projektora”, który był na wyposażeniu pracowni biologicznej w moim liceum 20 lat temu. Boże, jeszcze to, myślę sobie. I w tym momencie dostaję w twarz, w uszy, w mózg, wyginam się do przodu i w takiej pozycji zaciekawionego, pochłoniętego chwilą dzieciaka, trwam już do końca. Nie spuszczam z oczu żadnego szczegółu, nie tracę żadnego dźwięku, czasami tylko przechodzi mi przez głowę myśl by przenieść się do pierwszego rzędu. Tak, tam powinienem być. To co słyszę potwierdza wszystko co do tej pory myślałem o Niechęci, ale to co przy tym widzę jeszcze bardziej potęguje moje poglądy.

Na sali jest kilkadziesiąt osób, jedno skupisko gdzieś w kącie nieopodal baru i reszta luźno rozrzucona przy stolikach, na kanapach i w fotelach. A ci faceci grają tak, jakby grali przed komisją weryfikacyjną najlepszej szkoły jazzowej na świecie, albo przed zarządem najbardziej znanej firmy płytowej, przed organizatorami wysoko biletowanej trasy koncertowej w przyszłym roku, przed rodzicami, którzy słuchają ich po raz pierwszy albo przed swoim najwierniejszym fanklubem. Każdy, dosłownie każdy z nich tworzy szczególną, intymną parę z instrumentem, na którym gra. Ci młodzi, szczególnie perkusista i klawiszowiec przeżywają ekstazę, ba – jakiś szczególny rodzaj uniesienia, który przynosi skojarzenie z pierwszym razem, takim profesjonalnym pierwszym razem – jeżeli wiesz co mam na myśli. Klawiszowiec zaczyna uderzać otwartymi dłońmi w klawisze, w pewnym momencie wchodzi na swojego Korga i zaczyna po nim skakać. Moja dolna szczęka leży na ziemi i nie mogę jej podnieść, bo to wszystko ma sens, to wszystko świetnie brzmi i nikogo wokół nie dziwi. Perkusista zaczyna swoje solo. Mniej więcej w połowie jestem przekonany, że nie doczeka końca, że coś gwałtownego się z nim stanie, a erotyczne szczytowanie jest najprostszą i zarazem najbardziej oczywistą ewentualnością. Ale to długodystansowiec, niebanalny gość, moja dolna szczęka nadal leży. Rzucam okiem na wciśniętego w kąt Rafała – gitarzystę. Siedzi na krześle i pali. Właściwie papieros wisi przyklejony do ust, pali go bez używania rąk, zajęte ma je przecież graniem i doprawdy nie wiem kto podaje mu za każdym razem kolejnego. W porównaniu z młodszymi kolegami to jest dopiero zawodnik, on już nie musi skakać i wariować, on jest cały czas w tej fazie mentalnego wyciszenia, gdy chce się albo trzeba zapalić, by za chwilę spojrzeć na nią tym rodzajem wzroku, który mówi – zapamiętaj ten raz maleńka. Facet z basem to taki niby stoik, spokojnie, niepozornie porusza się po scenie, ale to tylko bufor pomiędzy klawiszowcem, saksofonistą i perkusistą. Myślę sobie, że to ten rodzaj chłopaka, który najczęściej zdobywa serca niepozornych, zahukanych dziewczyn. Wreszcie saksofonista, gość, który najbardziej się spóźnił. Gdy reszta zajmowała miejsca na scenie, on zdejmował płaszcz i mrużył oczy w ciemnej jak kopalnia knajpie. No dobrze, ten „projektor” pewnie walił mu po oczach, ale tylko jemu? Po pierwszej solówce wszystko mu wybaczyłem, spóźnienie, egzaltację i pozorny chłód. Uznałem, że jest na swój sposób wielki, tak jak każdy w tym składzie oryginałów i wywrotowców. A do tego wyobraziłem sobie, że w swojej relacji z saksofonem jest tym typem faceta, który wytwarza wokół siebie atmosferę luksusu i niedostępności, tak bardzo pożądaną u tej najbardziej ambitnej części pań.

Innych porównań nie potrafię znaleźć. To co zobaczyłem i usłyszałem to jedno z moich najbardziej doniosłych muzycznych przeżyć. Czułem się metafizycznie spełniony, jak po jednym z pierwszym spotkań z dziewczyną, a konkretnie po takim podczas którego zdajesz sobie sprawę z tego, że to jest coś więcej, że czujesz już to już tak mocno, że następnym razem po prostu musisz jej to powiedzieć. Tak, to jest ten rodzaj uskrzydlenia, gdy wracasz późnym wieczorem, pustymi ulicami i myślisz sobie, że jesteś po prostu szczęśliwy.

To był tylko koncert zespołu Niechęć. Występ, który trwał godzinę z minutami. Nic wielkiego.

Musisz wiedzieć, że jeżeli chodzi o Niechęć to już kilka miesięcy temu stałem się głosicielem dobrej nowiny, orędownikiem poglądu, że takie granie jest przyszłością muzyki. Polecam je kiedy mogę i jak do tej pory udało mi się przekonać … jedną osobę.

niechec_meskalina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s