To się przecież kiedyś skończy, Holly

czasomierze

Wbiegam zdyszany na czwarte piętro. Nie byłem tu od kilku miesięcy, ale czuję, właściwie jestem pewien, że nic się nie zmieniło. Nic nie mogło się zmienić. Ledwie przekraczam próg, krótkie przywitanie i zaczynamy rozmawiać o książkach. Właściwie ja głównie słucham. M w kilku zdaniach, wypowiadanych jedno po drugim, bez szansy na jakieś moje pytanie dodatkowe lub nie daj Boże zmianę tematu rekomenduje „Czasomierze” Davida Mitchella. A ja już wiem, że trudno o lepszą rekomendację …

Dziś gdy myślę o tej scenie, która rozegrała się w mieszkaniu na jednym z gdańskich osiedli to mam wrażenie, że miała klimat książki, której dotyczyła. Głównie dlatego, że cokolwiek powie się o „Czasomierzach”, to i tak nie powie się wszystkiego. Najlepsi książkowi doradcy wiedzą, że powinni powiedzieć dokładnie tyle by niewinnie zaintrygować, wywołać nieśmiało nawracające zainteresowanie lub ledwie zasugerować tajemnicę innego rodzaju niż ten, z którym się nam zazwyczaj tajemnice kojarzą. Łatwo przy tym otrzeć się o banał, o uproszczenie, czy jakieś uogólnienie. To co opowiedziała mi M wracało do mnie raz po raz jak lekkie ukłucie gdzieś głęboko w głowie. Ziarno Mitchella zostało skutecznie zasiane. Natomiast to, o czym można przeczytać w większości internetowych recenzji „Czasomierzy” w ich pierwszym akapicie zdecydowanie ociera się o uproszczenie. Ja w każdym razie nie napisałbym bezceremonialnie, że ta książka jest historią życia Holly Sykes. Czym więc jest?

„Czasomierze” to historia mojego życia, ale nie tylko. To historia życia każdego z nas, którzy urodzili się w latach 70 – tych czy 80 – tych XX wieku. Boże, jak to brzmi! Żeby być bardziej dokładnym powinienem wyjaśnić sposób opowiadania tej historii. Dostajemy od Mitchella 6 czy 7 obrazków, kilkudniowych relacji, które rozgrywają się w odstępach 10 czy czasami 5 lat. Tracimy jednocześnie zdecydowaną większość kontekstu, tego co działo się pomiędzy opisywanymi wydarzeniami, jak zmieniał się świat czy chociażby otoczenie. Dostajemy jednak dokładnie tyle informacji by czytając, doskonale orientować się w sytuacji bohaterów i co można powiedzieć jest charakterystyczne dla tego pisarza – identyfikować się z ich działaniami i emocjami. Nie potrafię dokładnie opisać tego niepokoju, tego specyficznego stanu ducha, który towarzyszył mi praktycznie przez cały czas gdy czytałem. To nie był strach, a przynajmniej nie taki paniczny, przewidywalny i podstawowy strach. To był strach egzystencjalny, metafizyczny, o ile można tak o strachu powiedzieć. Przeżywałem coś na kształt refleksji nad wszystkim co przeżyłem do tej pory i nad tym co jeszcze mnie czeka. Zresztą jeszcze dziś to przeżywam, a książkę skończyłem kilka dni temu.

„Czasomierze” to przepowiednia, przestroga, ostrzeżenie i sugestia by zwracać w życiu uwagę na małe rzeczy. Według mnie Mitchell stara się powiedzieć, że nie jesteśmy tak do końca panami swojego losu, albo przynajmniej nie w takim stopniu w jakim się nam wydaje. Jesteśmy marionetkami w rękach Boga, wieczności, przypadku i świata, w którym żyjemy. Bardzo podoba mi się taki układ powieści, to robienie zdjęcia bohaterom co kilka lat. Sami często wracamy do swojej przeszłości, tylko jakby prościej. Spoglądamy za siebie o te 5 czy 10 lat, ale nie potrafimy jednocześnie ich wykasować z analizy czy kontekstu. W „Czasomierzach” historia toczy się do przodu. Gdzie będę za 5, 10 czy 20 lat? Co się ze mną stanie? Co stanie się ze światem? Gdy pomyślę o tych wszystkich możliwościach, tych scenariuszach kreślonych przez polityków, dziennikarzy i innych hochsztaplerów to ogarnia mnie znów ten egzystencjalny strach.

Mitchell tworzy klimat zachwytu, tajemnicy, czegoś niedopowiedzianego, czegoś co patrzy, czuje i wszystko wie, czegoś co z łatwością może nas pokonać, ale też może nam pomóc. Wątek fantastyczny w „Czasomierzach” został tak skonstruowany, że gdy pojawia się w latach 80 – tych i gdy wraca raz po raz do roku 2015 mniej więcej, wydaje się czymś całkowicie niemożliwym, wręcz niepasującym do reszty. Zakrawa na zuchwałą i szaleńczą zabawę autora i ci, którzy przerwaliby lekturę mogliby powiedzieć, że czytali w sumie interesującą historię, ale pojawiające się elementy ezoteryczne zupełnie do niej nie pasowały i brzmiały jak kawałki Modern Talking włączane pomiędzy etiudami Pink Floyd. Mniej więcej od roku 2020, czy 2025 wszystko zaczyna już grać jednolicie, zaczyna do siebie pasować, ba tworzy logiczną całość, metafizyczny monolit i to bynajmniej nie Pink Floyd zaczęło grać gorzej, ani Modern Talking znacznie lepiej. Po prostu dziwnym trafem, a raczej dzięki najwyższej klasie autora od roku 2025 aż do końca, czyli 2043 wszystko jest na swoim miejscu. Mitchell zapewne jest w tym mistrzem. Wystarczy przypomnieć sobie „Atlas chmur”.

„Czasomierze” to książka, która być może na nowo definiuje motyw drogi w literaturze. Oprócz tego, że wędrujemy przez życie Holly Sykes i innych bohaterów, że przemieszczamy się na mapie, mamy też do czynienia z wędrówką dusz, wędrówką przez epoki, kontynenty i ciała. Oprócz Holly bardzo dokładnie Mitchell przedstawia nam Hugo Lamba – niezwykle wyrachowanego, przebiegłego i zarazem inteligentnego studenta z Cambridge, Crispina Hersheya – pisarza w średnim wieku, który przeżywa kryzys twórczy, czy Eda Brubecka – uzależnionego od wojny reportera. Trudno o większe uproszczenie, bowiem historia każdego z nich z powodzeniem stanowić mogłaby główny wątek oddzielnej powieści. Wielokrotnie zastanawiałem się dlaczego te opowieści są tak rozbudowane, dokąd mają nas zaprowadzić? Uznałem wreszcie, że niezależnie od głównych zamiarów autora, wszystkie są bardzo uniwersalne, niosą ze sobą egzystencjalne przesłania. Chociażby takie, że skoro wędrujemy przez życie, to wcześniej czy później dochodzimy do jego kresu. Mam wrażenie, że nasza śmiertelność jest jednym z głównych rozważań Mitchella. Kto wie, czy nie tym najważniejszym.

Na okładce wydawca napisał jakiś banał o kronice konsumpcjonistycznych czasów. Teraz już wiem, że to blef i nadużycie. Na szczęście nie to zachęciło mnie do przeczytania „Czasomierzy”. M napisała mi kiedyś, że szuka w książkach „tego czegoś” i że niedługo po rozpoczęciu lektury książki Mitchella poczuła, że to „coś” w niej znajdzie. Myślę, że każdy ma swoją definicję „tego czegoś”, ale nie wchodząc w szczegóły mogę powiedzieć, że ja to swoje „coś” też w „Czasomierzach” znalazłem.

Co mi po nich pozostało? Przede wszystkim ten egzystencjalny strach, metafizyczny niepokój, to współczesne i nowoczesne memento mori ale też iskierka, ba nawet całkiem spora iskra nadziei. Boję się,  boję się o siebie, o swoje dzieci, o dzieci moim dzieci. Mamy wszystkiego więcej, coraz więcej, nie wyobrażamy sobie nawet, że czegoś mogłoby nie być, zabraknąć. Wszystko nam się należy, do wszystkiego zdobyliśmy prawo. No tak, ocieram się o konsumpcjonizm, który przed chwilą nazwałem blefem, ale chodzi mi przede wszystkim o złudną stabilizację, o nieprawdziwy spokój i wyimaginowany luksus i brak zagrożeń. O to by umieć spojrzeć na swoje i życie i na świat z szerszej perspektywy, uznać że jest znacznie więcej możliwości niż te, których oczywistość nam się wmawia. Pozwólcie że użyję swojej ulubionej maksymy: niczemu się nie dziwić. Nil admirari, to się przecież kiedyś skończy.

Holly powiedziała w jednej z rozmów z Hugo Lambem, że „człowiek potrafi cenić coś tylko wtedy, kiedy wie, że to się skończy”. Czyżby? Oby.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s