Wykończyłeś mnie, Jude St. Francis

st.francis

Nie pamiętam czy już kiedyś wspominałem tu historię związaną z płytą jednego z polskich zespołów rockowych. Otóż pewien redaktor ze stacji radiowej na miesiąc przed premierą zapowiadał jej całkowicie pewny, ba – nieunikniony sukces. Twierdził, że osobiście uczestniczył w doborze materiału, że konsultował wszystko z muzykami, i że skromnie uważa się prawie za współojca nadchodzącej glorii. Płyta się ukazała i … I nic, nigdy wcześniej ten zespół nie nagrał czegoś tak słabego. Ta historia nie do końca pasuje do tego o czym dziś chcę napisać, ale przynajmniej początek mi się przyda.

Syndrom wspomnianego redaktora wraca do mnie raz po raz. Czasami gdzieś o czymś usłyszę, coś mi mignie przed oczami, coś ledwie wpadnie do ucha i od razu chcę to mieć, zobaczyć, usłyszeć i dotknąć. I gdy zaczynam to robić, gdzieś na lewym ramieniu pojawia się właśnie on (ten redaktor) i szczerzy zęby. Na szczęście ostatnio jestem ostrożniejszy i w zasadzie finalnie rzadko się rozczarowuję, choć na początku często miewam ten moment zawahania, niepewności czy nawet zwątpienia.

Nie inaczej było z „Małym życiem”, które stało się legendą zanim zdążyło się zmaterializować w moim czytniku. I kluczowym czynnikiem jest czas pozostawania w stadium legendy, który w tym przypadku wynosił około pół godziny. Dzięki temu nie zdążyłem przeczytać żadnej recenzji ani opinii, ślepo wierząc słowom radiowego redaktora, który kilkanaście minut wcześniej powiedział, że książka ta jest wydarzeniem na miarę czasu. A potem, gdy czytałem i miałem już za sobą kilkadziesiąt stron, spojrzałem na lewe ramię, siedział tam i miał fałszywy wzrok małego kotka. Poczułem niepewność, ale od razu uświadomiłem sobie, że przynajmniej przez wzgląd na osoby, którym w międzyczasie przekazałem jego redaktorską rekomendację powinienem tę książkę przeczytać.

Gdy teraz się nad tym zastanawiam, to być może nawet bym o niej w tym miejscu nie wspomniał. Pozostałaby przemilczana i wracała raz po raz w jakiejś zdawkowej rozmowie, w której wypadałoby się pochwalić połknięciem ponad 800 stronicowego tomu. Gdyby nie M. – związana z J. sakramentem małżeństwa (wyjaśniam, na wszelki wypadek). To ona zaczęła ten temat, dzieląc się ze mną swoimi przeżyciami i zachęcając do zaprezentowania własnych.

M. napisała: ” Ta historia niszczyła mnie emocjonalnie, aż do stanu wewnętrznego rozedrgania, jednocześnie nie wypuszczając ze swoich szponów. Zostawiła mi poczucie takiej specyficznej beznadziejności, bo ile postać głównego bohatera była do bólu prawdziwa, to bezgraniczna przyjaźń czy miłość już do mnie nie przemówiła.

Ze mną było podobnie, jednak nie wiem czy to skromniejszy czytelniczy bagaż, czy po prostu to, że jako mężczyzna jestem stworzeniem z gruntu naiwnym – wszystko co w „Małym życiu” znalazłem przyjąłem jak prawdę. Zazdrościłem głównym bohaterom przyjaźni. Pewnie dlatego, że sam nie przeżyłem jej nigdy w tak głęboki sposób, albo dlatego, że żadna z tych które miałem czy mam choćby w połowie nie jest tą, której oni doświadczyli. Tylko czy przyjaźnie można porównywać? Nie, to o czym mówię to nie porównanie. Gdyby tak było okazałoby się, że oceniam moje relacje z ludźmi przez pryzmat literackiej fikcji. Myśląc o przyjaźni mam na myśli zarówno warstwę emocjonalną jak i czysto fizyczną. Nie spotkałem jeszcze nigdy tak bliskiej relacji (myślę o relacji z pierwszej połowy tej opowieści) pomiędzy grupą złożoną z więcej niż dwóch, trzech chłopaków. W tym sensie to rzeczywiście jest nieprawdopodobne, być może całkowicie niemożliwe, ale ja jednak w to uwierzyłem. I skoro uwierzyłem w taką przyjaźń, postawiłem ją na piedestale, wpatrywałem się w nią z podziwem i nostalgią, to tym bardziej uwierzyłem w miłość. Ona przebiła wszystko. Zarówno ta pierwsza, która przyszła do Jude’a od Julii i Harolda, jak i ta druga, którą dał mu Willem.

Uważam siebie za kogoś, kto ma co najwyżej ambiwalentny stosunek do związków homoseksualnych. Jenak im więcej czytałem, tym częściej mówiłem do siebie: “ty udawany konserwatysto, ty farbowany miłośniku tolerancji, ty aktorze w kiepskim obyczajowym serialu, co ty wiesz o miłości, dlaczego – niby podświadomie – rezerwujesz ją tylko dla siebie i sobie podobnych, spychając innych w czeluście fizyczności, wrzucając ich do brudnych łóżek czy wprost na ulicę, no dlaczego?”. I wtedy dotarło do mnie, że związek Jude’a i Willema to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych w literaturze. Możemy się oburzać, że niepoprawna obyczajowo, że oderwana od rzeczywistości, że “lewacka”. Ale tak prawdziwa, że gdyby autorka choć jednego z nich zamieniła na Amy, Kate czy Meggie – to chyba nikt nie miałby wątpliwości.

„Małe życie” spływa uczuciami, jest nimi do tego stopnia przesiąknięte, że obficie kapie gęstą i lepką mazią gdy je tylko lekko podnieść. A gdy weźmiesz je do ręki maź zacznie cię powoli oblepiać, zrobi z tobą to co zrobiła z M. czy ze mną. Ślad pozostanie na długo, pomimo że niedługo potem rozpocząłem czytanie kolejnej książki.

Wreszcie Jude, Hiob naszych czasów, doświadczony tak okrutnie, że każdemu trudno to sobie wyobrazić. M. napisała: „Co prawda, autorka „obdarzyła” go całym arsenałem nieszczęść (po części będących dość naturalną konsekwencją zdarzeń wynikających jedno z drugiego), ale i tak to nie przesądza sprawy. Problem w tym, że jeszcze trzeba chcieć coś w swoim życiu zmienić, a to niełatwo narzucić. […] On tak jak ćma wlatująca w płomień dążył do samookaleczenia psychicznego i fizycznego raniąc przy okazji bliskich sobie ludzi.

Wtedy przypomniało mi się to o czym mówił Jude’owi Harold, że życie wynagradza swoje straty i co właściwie automatycznie uznałem za najważniejsze, choć w gruncie rzeczy tragiczne przesłanie tej powieści. Życie czasami cię opuszcza, nie potrafi o ciebie zadbać, pozwala na to by ktoś cię skrzywdził, wykorzystał, życie sprowadza cię na samo dno. Ale potem się stara, robi wszystko co możliwe, daje Ci przyjaźń, miłość, majątek. W tym kontekście pierwotnie odbierałem tą tytułową „małość” życia. Dopiero to co napisała M. naprowadziło mnie na właściwy trop. Jakie czasy taki Hiob!

Cały czas współczułem Jude’owi. Dużo myślałem o tym, dlaczego nie pozwolił nikomu na to by sobie pomóc. Zastanawiałem się czy w ogóle możliwa jest jakakolwiek pomoc w takim przypadku. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić ogromu jego tragedii. Dlatego nie brałem pod uwagę tego, że samodzielnie może wziąć odpowiedzialność, wykazać się jakąś inicjatywą, która pomogłaby mu zapomnieć, nie cierpieć, być jeszcze kiedyś w pełni szczęśliwym. Ubezwłasnowolniłem go w tych obszarach życia, które tak okrutnie go doświadczyły. Pozbawiłem go zdolności do wyjścia z tej sytuacji, przerzucając to na “życie”, zwalając na nie całą winę i od niego żądając zadośćuczynienia. Ale już tak nie myślę.

Zrozumiałem, że to Jude poniósł porażkę, a nie życie. Jakkolwiek okrutnie to brzmi. Można powiedzieć, że nie nadawał się na Hioba, że odrzucił bycie nim, nie chwycił za żadną z wyciągniętych rąk, albo że chwycił za niewłaściwe. Tak czy inaczej współczuję ci Jude, współczuję ci tak bardzo, że nie jestem w stanie tego wyrazić, tylko że … nadal cię nie rozumiem. Wykończyłeś mnie. Żegnaj.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s