China w mojej głowie

chinamoses

To jeden z tych przypadków, z których człowiek cieszy się, gdy się przytrafiają, albo przynajmniej nie żałuje, że do nich doszło. Tak właśnie było z Chiną Moses i ze mną. Najpierw usłyszałem jedną z jej piosenek przelotnie w radiu, następnie przesłuchałem dwie ostatnie płyty i już wiedziałem, że to jest ten głos, ten styl, ten specyficzny sceniczny temperament, który uwielbiam. Luz, swoboda, a jednocześnie pełen szacunek dla utworów z którymi się mierzy, szczególnie ważny w przypadku tych które nie należą do niej. Drugim przypadkiem był zaś zakup biletu na koncert. Okazało się, że akurat słuchałem artystki, którą za kilka miesięcy mogę również usłyszeć na żywo w Poznaniu. Zatem dlaczego nie, skoro mi się podoba?

Tamten poniedziałek był jak to poniedziałek dniem raczej nieatrakcyjnym, tym razem nie tylko z zawodowego punktu widzenia. Weekend spędziłem na tyle aktywnie, że nie zdążyłem jak się to mówi – odpocząć, a w moim wieku zaczyna to mieć powoli znaczenie. Na tej podstawie przemknęła mi nawet w połowie dnia przez głowę myśl, by po pierwsze sprawdzić czy ten koncert jest na pewno dzisiaj, a po drugie zainteresować się tym, czy przypadkiem nie zaszła jakaś nieoczekiwana zmiana. Trudno powiedzieć o co konkretnie mi chodziło, dość że zaczynałem powoli wiercić się jak jakiś tetryk. Z uwagi na te wszystkie nastroje, albo raczej w celu ich wyeliminowania postanowiłem przed koncertem wstąpić na szocika do Brismanów, co okazało się decyzją słuszną zarówno z punktu widzenia tego wieczoru jak i jednego z kolejnych. Espresso było jak zawsze wyborne i postawiło mnie na nogi, a zakupiony stout z browaru Kingpin uczynił mi wieczór kilka dni później.

China Moses spóźniła się około 20 minut. W sali Teatru Wielkiego zdążyło się już zrobić duszno, nie wspominając o tym, że od początku było ciasno. Pomiędzy rzędami jest dokładnie tyle miejsca by zmieścił swoje kolana ktoś średniego wzrostu, jednak na tyle szczelnie, że zawsze trzeba wstać i wyprostować się by przepuścić innych, którzy akurat wchodzą lub wychodzą. Na szczęście siedziałem mniej więcej w środku stawki w jednym z pierwszych rzędów, co oznaczało również, że miałem scenę idealnie naprzeciwko. Prawie tylko ja i scena, ja i China.

Czy znacie takie kobiety, które swoimi spóźnieniami doprowadzają oczekujących na nie mężczyzn do wściekłości lub conajmniej zażenowania, a gdy tylko się pojawiają w ciągu ułamka sekundy na twarzach tych samych mężczyzn pojawiają się wszystkie najbardziej szlachetne uczucia na świecie? Na pewno znacie. A jeżeli nie, to musicie wiedzieć, że taką kobietą jest China. Ta filigranowa dziewczyna jest prawie w moim wieku, ale aura, która ją otacza jest znacznie młodsza. Miałem wrażenie, że cały czas się uśmiechała, a pewien jestem, że ani na chwilę nie straciła kontaktu z publicznością, nie pozwoliła ludziom na żadne inne wrażenia poza nią samą i jej bądź co bądź bardzo dobrym, choć trochę też dziwnym zespołem. Basista i klawiszowiec jak liderzy hip-hopowej trupy z dolnego Brooklynu, perkusista jak osiedlowy koszykarz tuż przed lub tuż po małym ulicznym sparingu, wreszcie saksofonista – on jeden wyglądający jak muzyk jazzowy, choć zdecydowanie też jak przedstawiciel pokolenia mniej przywiązanego do konwenansów. No ale nie szata zdobi człowieka. Nikogo więc na jej podstawie nie oceniam, ale biorąc pod uwagę moje dotychczasowe koncertowe doświadczenia, trupa pani Moses wyglądała na jedną z bardziej zjawiskowych. A jak brzmiała? Bardzo, bardzo dobrze i to pomimo tego, że przez pierwsze dwie piosenki musiałem się przyzwyczaić do w moim odczuciu specyficznej akustyki Teatru Wielkiego, a podczas najważniejszej saksofonowej solówki artyście lekko odchylił się mikrofon przymocowany do instrumentu. Siedziałem na tyle blisko, że niewiele straciłem, jednak ci z balkonów być może mogą czuć się zawiedzeni.

Tak jak zdecydowanie większa część publiczności spodziewałem się, że China Moses zaśpiewa jazzowe i bluesowe covery, które przecież stanowią jej najbardziej rozpoznawalną wizytówkę. Niespodzianką było dla mnie to, że przedmiotem koncertu są jednak autorskie kompozycje z oczekiwanej w najbliższych tygodniach płyty. I był to ten rodzaj niespodzianki, który na początku intryguje, wzbudza pewną ostrożność lub czasem nawet niepewność, by w rezultacie doprowadzić człowieka do przekonania, że wydarzyło się coś bardzo przyjemnego, coś co go pozytywnie zaskoczyło, dostarczyło nieoczekiwanych wrażeń, naładowało mu to miejsce w tych wewnętrznych akumulatorach, do którego docierają tylko te najbardziej osobiste przyjemności. Tak, gdyby mnie ktoś zapytał czy przeżyłem tam muzyczną ekstazę, bez wahania odpowiedziałbym, że tak. Dość, że po koncercie zrobiłem to co zdarzyło mi się zrobić dosłownie kilka razy w życiu. Kupiłem płytę i ustawiłem się w foyer w kolejce po autograf, a gdy nasze spojrzenia na siebie trafiły wydukałem, że to co zdarzyło się kilka minut temu było czymś wielkim i pięknym i że mam nadzieję że się jeszcze kiedyś spotkamy. China spojrzała na mnie, wyobrażacie sobie jak, i powiedziała, że … ona też.

Kim jest China Moses? Mógłbym podać conajmniej kilka nazwisk znanych wokalistek, które mają podobne pochodzenie, sławnych rodziców związanych z muzyką, filmem czy literaturą. Jedne dość wcześnie zaczynają karierę przy aktywnej pomocy mamy czy taty, inne latami samodzielnie pracują na swój wizerunek. Wiem, że to duże uproszczenie, ale w której grupie jest China? Wierzę, że w tej drugiej. Wprawdzie prawie jej nie znam, ale myślę sobie, że skoro dopiero teraz zwróciłem na nią uwagę to aż tak bardzo się jej nie spieszy. Bije od niej taki rodzaj szczerości, prawdziwości, że gotów byłbym stanąć murem za właśnie takim jej wizerunkiem.

Pan który zapowiadał koncert ostrzegał, że nie będzie bisów, że w zamian będzie możliwość spotkania z artystami w foyer. Tymczasem oprócz tego były dwie owacje na stojąco i były dwie piosenki na bis. Po tym co usłyszałem jestem przekonany, że nadchodząca płyta „Breaking Point” (chyba taki będzie miała tytuł) stanie na moje półce i to w takim miejscu, do którego zaglądam dość często.

Pod koniec lat 80′ T’Pau zaśpiewali „China in hour hand”. Sens tej piosenki zahaczał mniej więcej o marzenia, o relacje między ludźmi, mówił o ich kruchości i niepewności. Postanowiłem go trochę sparafrazować, zmieniając na tyle by uzyskać inny komunikat. China Moses została w mojej głowie. Z tych kilku powodów, o których napisałem.

 

Źródło obrazka: [LINK]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s