Trzy legendy muzyki. Upadki i wzloty.

the3
Żałuję, że zabieram się za ten tekst tak późno. Filmową historię ostatniego z tej trójki widziałem już kilka tygodni temu i wydaje się, że wówczas był dobry moment by to wszystko jakoś podsumować. Wówczas myślałem sobie o tym wszystkim zdecydowanie bardziej intensywnie niż teraz, przychodziły do mnie różne wątki, miałem pomysł by to wszystko zgrabnie połączyć. Z jakiegoś powodu postanowiłem jednak poczekać i gdybym miał wskazać plusy to dziś mam chłodniejszą głowę, większy dystans i coś na kształt obojętności. Dziś mogę wręcz powiedzieć że były to trzy całkiem interesujące historie ludzi, którzy niewątpliwie byli jeszcze bardziej interesujący.

Na pierwszy ogień poszedł Ray. Nigdy za nim specjalnie nie przepadałem, zawsze miałem go za kogoś w rodzaju ikony popkultury, ale takiej raczej niskich lotów. Nie jestem w stanie wskazać takiego twardego, wiarygodnego powodu, ale gdy sięgam pamięcią to winylowa płyta Raya Charlesa była zdaje się jedyną płytą zagranicznego artysty w niewielkim zbiorze płyt mojego taty i nie wynikało to bynajmniej z jakiejś sympatii czy zainteresowania z taty strony. Po prostu była to wówczas jedyna płyta amerykańskiego artysty tak powszechnie dostępna na polskim rynku. Pamiętam dokładnie sklep ZURT, który wówczas znajdował się przy dzisiejszej ulicy Piłsudskiego. Na półkach praktycznie nic nie było, ale płyta Raya Charlesa stała tam niezawodnie i drażniła oko. Być może z uwagi na tą jej ówczesną zuchwałą powszechność nigdy nie była przez tatę odtwarzana, a być może dlatego, że była po prostu taka sobie. Nie wiem. Dość, że znając artystę od tylu lat sam nigdy nie pomyślałem o tym by na poważnie zwrócić uwagę na jego twórczość, w większym stopniu niż odsłuchanie kilku kompilacji i to w gruncie rzeczy tych wydanych tuż po jego śmierci. Nie, nie czuję, żebym stracił coś szczególnego, mam jednak pewien dyskomfort, że piszę o kimś, kto gdy się nad tym zastanowić jest co najwyżej nieznaczącym epizodem. Wybacz Ray.

Z resztą sam film też nas do siebie nie zbliżył. Poznałem Raya jako chłopca, który przeżył ogromną tragedię – najpierw śmierć brata, która odbyła się na jego oczach a potem szybko postępująca utrata wzroku. Następnie pojawił się chłopak, który dostał od losu szansę w postaci dostępu do przypadkowego nauczyciela i instrumentu. Wreszcie na scenę wszedł młodzieniec, który wyruszył w świat by osiągnąć coś wielkiego. Oczywiście zmagał się po drodze z różnymi kolejami losu: obyczajowymi, finansowymi i artystycznymi, ale konsekwentnie zmierzał do celu, którym było granie muzyki na co raz większą skalę, dla co raz większej publiczności za co raz większe pieniądze. Tak, zapamiętałem Raya jako artystę – biznesmena, osamotnionego indywidualistę, człowieka, który wykonuje pracę i zarabia pieniądze, choć jednocześnie jest artystą, a wiadomo, że większość z nas ma w głowie portret artysty, dla którego przyziemne sprawy znajdują się na drugim planie. Brakowało mi więc czasami w Rayu jakiejś spontaniczności, jakiegoś wariactwa, zwykłego luzu czy zdrowych, szczerych relacji z innymi ludźmi. Zrzucam to jednak przede wszystkim na jego niepełnosprawność. Od wczesnych lat musiał przecież wyostrzać w życiu zmysły w zupełnie innej kolejności niż większość ludzi. Zaczął słyszeć lub odczuwać dotykiem wszystko to co dla zwykłego człowieka jest po prostu niezauważalne. Dość, że wspomnę szelest pieniędzy i pierwsze wypłaty, które życzył sobie otrzymywać wyłącznie w banknotach jednodolarowych. Ray był obyczajowym draniem, wyrachowanym kobieciarzem i narkomanem. A mimo to sprawnie zarządzał swoją karierą i doskonale odnajdywał się w świecie współczesnej mu rozrywki. Gdybym miał jednak powiedzieć, czy był szczęśliwym człowiekiem lub lepiej czy uważam go za człowieka szczęśliwego to zastanowiłbym się co najmniej dwa razy.

Jako drugi do kolejki trafił Johnny Cash. Podobnie jak w przypadku Raya, nazwisko dobrze znane, kilka muzycznych standardów również, pamiętana jak przez mgłę informacja, że koncertował kiedyś w Polsce, ale poza tym niewiele więcej. Niespecjalnie lubię muzykę country. Nigdy nie słucham jej z własnego wyboru, raczej toleruję jeżeli gdzieś się pojawia, a jednak do Jonny’ego mam sporą, trudno wytłumaczalną sympatię. W sumie Cash, jakiego zobaczyłem w filmie tylko mnie w tym utwierdził. Widziałem chłopca, który podobnie jak Ray wcześnie i tragicznie utracił brata. Ten ból był z nim praktycznie przez całe życie. Następnie pojawił się młody chłopak, który podczas służby wojskowej w Europie spontanicznie kupuje gitarę i zaczyna na niej grać. Wreszcie młody mąż i ojciec, któremu wyraźnie doskwiera żywot komiwojażera i stała presja ze strony rodziny. Potem muzyk na progu kariery grający gdzie byle, beznadziejnie miotający się pomiędzy rodziną, a miłością swojego życia, nie radzący sobie z narkotykami i alkoholem. W przypadku Johnny’ego lekarstwem na całe zło okazuje się miłość, uczucie na początku nieosiągalne, niemożliwe do zrealizowania bo zakazane, do kobiety po przejściach. Walczył o nią i z czasem ona o niego. Właściwie to podobało mi się najbardziej, że odpowiedź jest prosta, że nic nie znaczą kobiety, seks, narkotyki, imprezy i alkohol, jeżeli nie masz ze sobą miłości. Banalne, ale ja lubię takie banalne sprawy. Byłem z Johnny’m przez cały film, bardzo chciałem by był szczęśliwy i bardzo ucieszyłem się gdy dopiął swego, wyprostował i oczyścił swoje życie.

Na końcu ustawił się Charlie Parker (Bird). Od razu czułem, że będzie to najbardziej poruszająca dla mnie historia. Po części przez jazzową konotację, po części przez wspomnienie przeczytanej kiedyś książki o Pannonice Rostschild, która była mecenasem ówczesnej sceny jazzowej i u której w mieszkaniu Charlie Parker dokonał żywota. Film Clinta Eastwooda nie jest filmem o jazzie jako takim, stara się raczej być filmem o człowieku, którego geniusz całkowicie nie pasuje do czasu i miejsca, w którym przebywa i choć to wyobcowanie nie jest może tak jaskrawe to czuć je właśnie w taki dosadnie subtelny sposób, który gdy już pojawi się w głowie to nie chce jej opuścić. Gdybym miał zestawić obrazki z życia Raya i Johnny’ego z tymi, które dotyczą Birda to powiedziałbym, że Charlie jest z nich wszystkich najbardziej samotny, jest najsłabszy, najbardziej doświadczony przez śmierć własnego dziecka. To Charlie najciężej pracuje na chleb, to jemu najmocniej wiatr wieje w oczy, a deszcz zacina przy byle okazji. To z Birdem narkotyki i alkohol wyprawiają najgorsze rzeczy. Zakładam jednak, że to wszystko nie do końca jest prawdą, a moje zdanie wynika z doskonałej kreacji roli głównego bohatera. Film w moim odczuciu nie uniknął pewnej chaotyczności, wyczuwalne było to, że historia krótkiego życia i twórczości Birda jest znacznie bardziej pojemna i wielowątkowa. Dla przykładu zabrakło Milesa Davisa, a cały wątek Nici Rotschild pojawił się jakby był całkowicie oczywisty. Nic to, opowieść i tak jest przejmująca i tragiczna, a tuż po końcowych napisach wszystko na co ma się ochotę to kieliszek wina, ciemny pokój i muzyka Charliego Parkera.

Ray, Johnny i Charie, połączeni muzyką, sztuką, tragediami, narkotykami, alkoholem i kobietami. Niestety. W sumie nic szczególnego. Statystycznie nałogi stanowią wśród artystów zdecydowanie większą część wspólną niż w innych grupach społecznych. Nie o to jednak chodzi. Zastanawiam się co stałoby się z Ray’em i Bird’em gdyby na swojej drodze spotkali to co Johnny?

Jeszcze jedno zdanie o głównych rolach, choć to zdecydowanie za mało. We wszystkich filmach są według mnie wybitne. Sam sprawdź.

 

Linki do filmów:

„Ray”

„Spacer po linie”

„Bird”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s