Holden, chłopakuuu …

catcher02

Tak, to niewątpliwie jedna z tych książek, które przeczytane w odpowiednim momencie życia potrafią odegrać w nim szczególną rolę, a już na pewno zostać „jedną z najlepszych książek w moim życiu” lub wymawianą zawsze z należytym patosem – tzw. „biblią”. Zanim spróbuję opowiedzieć dlaczego tak myślę, wspomnę tylko, że niestety w moim życiu nie trafiła na odpowiedni moment.

Chyba każdy czytelnik ma kolejkę książek, które chciałby przeczytać. Stoją w niej te, które cierpliwie czekają na swoją kolej, ponieważ zupełnie obojętne jest dla nich to kiedy ona nadejdzie, oraz te, które tylko szyderczo uśmiechają się, mając nas za idiotę, który wybierając inne lektury przegapia ich zadniem całkiem przyjemne, a czasem doniosłe doświadczenie w swoim życiu. Wyobrażam sobie, że tak właśnie uśmiechał się Holden. Stał przecież w biblioteczce, która znajdowała się w moim pokoju nastolatka, kupiony przez mamę zapewne po znajomości w księgarni, w której w tamtym czasie kupowało się każdą znaną książkę, gdy tylko się pojawiała. Stał pomiędzy „Chatą Wuja Toma” i „Płonącą Prerią”. Pamiętam to dokładnie, ponieważ nie przeczytałem żadnej z nich i jeszcze kilku innych z tej półki. To w ogóle była dziwna półka, niby na wysokości wzroku, a jednak najczęściej zupełnie niezauważana, zazwyczaj pomijana i przegrywająca z innymi, jakby była radioaktywna. Dziś mój „Buszujący w zbożu” znalazł prawdopodobnie innego właściciela, od dawna nie widzę go na półce u rodziców.

Ehh, gdybym wówczas poznał Holdena Caulfielda. Wówczas, czyli mając 16 lub niewiele więcej lat. Zaimponowałby mi, jestem o tym przekonany. Patrzyłbym na niego z podziwem, nie zwracając uwagi na takie detale jak pochodzenie, czy sytuacja materialna. Nie zastanawiałbym się nad tym, czy to wszystko ma racjonalne podłoże, czy to w ogóle ma sens, co konkretnie oznacza i symbolizuje. Na pewno odnalazłbym swoje własne znaczenie tej wędrówki, doskonale zrozumiałbym wszystko, całą metafizyczność bohatera i tego czego doświadczył w ciągu tych kilku nocy i dni przepełnionych włóczęgą po nowojorskich hotelach, barach, ulicach i parkach. Kto wie, być może chciałbym poczuć to samo lub przynajmniej tego namiastkę? No dobrze, zamieńmy „poczuć” na „przeżyć”. Jeżeli chodzi o sferę uczuciową to myślę, że i dziś większością nastolatków targają podobne uczucia, tylko okoliczności, czyli przeżycia właśnie, są inne.

Holdena Caulfielda poznałem więc całkiem niedawno, zaledwie kilka tygodni temu. Z początku wydał mi się trochę zbyt rozpieszczonym dzieciakiem, młodocianym dandysem, który sam nie wie czego chce, buntownikiem bez powodu w świecie, w którym wszelki bunt powinien mieć racjonalne podłoże, a nie nieprzewidywalną naturę nastolatka. Polubiłem go jednak, spodobało mi się to, że będąc chłopcem z dobrego domu, nie wielbił rzeczy materialnych, nie potrzebował posiadać i nie zastanawiał się zbytnio nad bliższą czy dalszą przyszłością, chwytając dzień jakim był. Dziś te wszystkie cechy są mi całkowicie obce, ale doskonale pamiętam, że gdy miałem te kilkanaście lat to bardzo chciałem je posiadać lub nawet szczątkowo posiadałem. Bardzo chciałem być wolny i niezależny, będąc jednocześnie całkowicie uzależnionym. Nie, nie myślę o ucieczce, o gigancie, używkach czy o dokonywaniu szalonych wyborów. W pierwszej kolejności myślę o tym szczególnym stanie ducha, który pozwala ci na to by nie widzieć żadnych ograniczeń, lub przynajmniej na to by o nich nie myśleć, robić swoje i gdzieś tam wewnętrznie mieć pewność, że cokolwiek się stanie to wszystko będzie dobrze. Myślę, że rozumiesz, szczególnie gdy masz mniej więcej tyle samo lat co ja.

Przeczytałem gdzieś, że „Buszujący w zbożu” był statystycznie rzecz biorąc ulubioną lekturą znanych szaleńców, wywrotowców i morderców. To oczywiście żaden argument, ani za ani przeciw, wspominam o tym ponieważ wydało mi się to interesujące. Być może rzeczywiście w czasie, gdy się ukazała, książka była dziełem przełomowym, ponieważ jako pierwsza, czy jedna z pierwszych odnosiła się wprost do emocji i uczuć młodego człowieka, tych innych niż szlachetne ale wyświechtane w literaturze przez kolejne wieki miłość, przyjaźń czy honor. ” Buszujący w zbożu” to powieść o dorastaniu siedemnastolatka, o zderzeniu niesionych przez niego ideałów z uporządkowanym światem dorosłych, jakkolwiek nie do końca wiadomo jak można te ideały najtrafniej opisać. Holden po prostu nie pasuje, nie pasuje do szkoły, nie pasuje do rodzinnego domu, szuka pocieszenia w ucieczce w podłe zakamarki świata zarezerwowanego dla pełnoletnich, ale w nim również znajduje wyłącznie rozczarowanie i samotność. Stacza się jak niedojrzałe jabłko strącone z drzewa stojącego gdzieś na wzniesieniu. Im niżej się toczy tym bardziej dojrzewa i gdy jest prawie na dnie, okazuje się, że jednak w tym beznadziejnym świecie jest przynajmniej jedna rzecz, która oprócz tego, że pomaga wyhamować, to dodatkowo otwiera oczy i umysł na sprawy, które stają się ważniejsze od buntu i których ładunek emocjonalny jest na tyle silny by zamiast poczucia klęski mieć wrażenie przynajmniej neutralnego zakończenia pewnego etapu w życiu.

W ostatni zdaniu książki Holden mówi: „Dziwna rzecz. Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić.” Kto wie czy to nie jedna z najładniejszych przewrotnych definicji przyjaźni jakie słyszałem, choć Holden mówiąc to bynajmniej nie o przyjaźni myślał. Tak czy inaczej warto go poznać, to w gruncie rzeczy całkiem interesujący chłopak i jeżeli nie zrobiłeś tego mając lat siedemnaście, to nie musisz się tym przejmować. Jedno jest pewne, poznając go i tak przeniesiesz się do tamtego świata …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s