Koncert Brit Floyd

britfloyd

Czasami, szczególnie wtedy, gdy oglądam w telewizji kawałek jakiegoś serialu, takiego w polskiej telewizji, serialu przez małe “s”, żartuję sobie, że za żadne skarby nie chciałbym być serialowym aktorem i dodaję dla podkreślenia absurdu tego stwierdzenia, że nie interesuje mnie też bycie pływakiem synchronicznym. Zestawiam te dwie profesje ze sobą ponieważ wydają mi się równie niedorzeczne i napawają mnie mniej więcej takim samym poziomem zażenowania. Jakkolwiek rozumiem, że jedno i drugie jest przecież sztuką lub pretenduje do jej miana. Już wyjaśniam dlaczego od tego zaczytam.

Gdy wszedłem na salę koncertową przyszły do mnie podobne myśli. Nie tak ekstremalne oczywiście. Dotarło do mnie jednak, że bycie coverowym artystą ociera się przecież o granicę pomiędzy sztuką a techniką, pomiędzy wolną, nieskrępowaną kreatywnością a zwykłym rzemiosłem. Czekając na to, aż zespół pojawi się na scenie, zastanawiałem się nad tym co poczuję w pierwszej kolejności, czy będzie to jakiś rodzaj zachwytu i egzaltacji czy raczej zażenowanie.

Jestem z tego pokolenia, które nie miało odwagi ani tym bardziej pieniędzy by w wieku kilkunastu lat pojechać na koncert Pink Floyd do Pragi. Prawdopodobnie ostatni koncert, który miał sens. Dziś Pink Floyd obchodzi 50 rocznicę istnienia, 50 rocznicę, pół wieku, trudno to sobie dostatecznie dobrze uzmysłowić i odnieść do siebie, szczególnie wtedy, gdy samemu jest się na świecie od niespełna czterdziestu lat. Zespół instytucja, świątynia psychodelicznego i  progresywnego rocka, która odcisnęła piętno na życiorysach milionów ludzi. Nie sądzę żebym przesadzał. No więc nie byłem nigdy na koncercie Pink Floyd i prawdę mówiąc nigdy nie pomyślałem nawet, że mogłoby to być możliwe.

Aż pewnego dnia, całkowicie przez przypadek, szukając gdzieś informacji o Oli Bieńkowskiej trafiłem na tą, że jest jedną z wokalistek grupy Brit Floyd, która akurat w listopadzie 2015 roku wystąpi w Poznaniu. Na dobrą sprawę wiedziałem wcześniej, że istnieją przynajmniej dwie znane grupy grające muzykę Pink Floyd i to że ich koncerty potrafią wypełnić całkiem spore stadiony. Tym bardziej skorzystanie z okazji wydawało się czymś rozsądnym.

Punktualnie rozbrzmiały dźwięki Breathe, muzycy po kolei pojawiali się na scenie. Na okrągłym ekranie za ich plecami, dokładnie tak jak na koncertach Pink Floyd wyświetlane było tło do każdego z utworów. Po jakości tych materiałów wnioskuję, że muzykom udało się porozumieć z Davidem Gilmourem, ponieważ tło do utworów z nim związanych było zdecydowanie bardziej profesjonalne, być może nawet takie samo jak na koncertach Pink Floyd. Utwory z płyty The Wall niestety nie miały tyle szczęścia i oryginalne animacje zostały zamienione na grafikę komputerową, która w wielu wypadkach wyglądała po prostu słabo. Na tej podstawie wnioskuję, że Roger Waters nie był już tak przychylny coverowym pomysłom. Ale kto wie, to tylko takie moje dywagacje.

Brit Floyd zaprezentowali na scenie rzemiosło, było to jednak rzemiosło najwyższego lotu, nie przekombinowane, nie przesłodzone, nie naiwne i nie pozbawione tej namiastki kreatywności, która zapewnia perfekcyjne odegranie utworu pozwalając sobie na odrobinę własnego aranżu dokładnie tak gdzie wypada to zrobić. Dobrym przykładem był kawałek Money i solówki poszczególnych członków zespołu w drugiej jego części. Wokaliza Oli Bieńkowskiej do Great Gig in the Sky przyprawiła mnie o dreszcze. Myślę, że nie tylko mnie, ten dreszcz czuć było dosłownie na całej widowni. Do fotela przykuło mnie wykonanie The Final Cut. Śpiewał to jeden z wokalistów, który jest też jednocześnie basistą. Do tego dochodzą solówki gitarowe praktycznie w każdym utworze, szczególnie te w wykonaniu młodego Włocha, nowego nabytku grupy. Tak, momentami oprócz podziwu byłem w egzaltacji, po raz pierwszy w życiu mogłem podczas koncertu śpiewać ulubione piosenki jednego z ulubionych zespołów.

Lekkie zażenowanie poczułem wyłącznie podczas Comfortably Numb. Nie lubię tej piosenki, a podczas koncertu to był pierwszy “przebierany” kawałek z płyty The Wall. Jeden z wokalistów w stroju lekarza wyśpiewywał diagnozę, badał pacjenta i robił mu zastrzyk. Pozostałe utwory ze spektaklu The Wall zostały odegrane właściwie na bis i jakkolwiek od strony multimedialnej nie było najlepiej (wspomniana wcześniej grafika komputerowa) to “przebieranki” już tak bardzo nie raziły, a dodatkowo w The Trial wokalnie mogli wykazać się praktycznie wszyscy członkowie grupy. Gdyby to zależało ode mnie to w ogóle nie grałbym kawałków z The Wall, poza Another Brick in the Wall – ten jak wiadomo zawsze się sprawdza i wszyscy go znają i może Hey You – którego podczas koncertu akurat zabrakło. The Wall to jedna z moich ulubionych płyt w ogóle, ale lubię jej słuchać w całości, a jeżeli oglądać to tylko przez pryzmat filmu lub berlińskiego widowiska Rogera Watersa. Zaimponowało mi natomiast to, że zespół zdecydował się na zagranie dwóch utworów z czasów Syda Barretta i chyba tylko jednego z płyty Division Bell.

Koncert Brit Floyd odnotowuję przede wszystkim tam, gdzie przechowuję doświadczenia osobiste. Z artystycznego punktu widzenia, uważam że warto zwrócić uwagę na techniczną perfekcję każdego z członków tego “tribute band’u” – jak to się mówi na takie zjawiska na zachodzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s