Zdzisek, Tomek i pani Zosia

beksinscy

Do tego dnia, w którym otworzyłem książkę „Beksińscy. Portret podwójny” Zdzisław Beksiński był dla mnie jedynie imieniem i nazwiskiem podobno dość sławnego malarza. Na pewno gdzieś kiedyś widziałem reprodukcje jego obrazów, ponieważ gdybym miał cokolwiek o nich powiedzieć to wspomniałbym w pierwszej kolejności uczucie wstrętu, którego niewątpliwie doświadczyłem, ale za chwilę dodałbym ostrożnie, że był to ten rodzaj wstrętu, któremu bliżej do wstydliwej niewiedzy niż do rzeczywistego obrzydzenia czy zdegustowania. Tak czy inaczej Zdzisław Beksiński był dla mnie tajemnicą, do której odkrywania nic mnie wcześniej nie ciągnęło.

Ale, zawsze jest jakieś ale, cytując klasyka „aż tu pewnego dnia” podczas jednej z rozmów z P. pojawił się wątek Tomasza Beksińskiego. Wiele miesięcy wcześniej o Zdzisławie próbował opowiedzieć mi J., wówczas jednak byłem dość odporny, prawdę mówiąc były inne interesujące wątki. P. poznał Tomka Beksińskiego wiele lat temu, gdy ten odwiedzał domy studenckie w kilku dużych ośrodkach akademickich dorabiając sobie jako ktoś, kogo dziś nazywamy DJ’em. Jeżeli o mnie chodzi, to podobnie jak w przypadku Zdzisława, Tomasz był dla mnie imieniem i nazwiskiem dziennikarza muzycznego, którego powszechnie uważa się za postać tragiczną, zdepresjonowaną, która targnęła się na swoje życie, zostawiając po sobie rzeszę wyznawców, grono kolegów i garstkę przyjaciół. Myślę, że byłem trochę za młody na radiowe spotkanie z Tomkiem. Pod koniec lat 90′ słuchałem już Trójki, ale raczej swoich inspiracji muzycznych jeszcze z niej nie czerpałem. Nawet jeżeli spotkałem go gdzieś na antenie to było to spotkanie na tyle błahe i nieznaczące, że kompletnie nie zostało przeze mnie odnotowane.

To mniej więcej tyle jeżeli chodzi o osobiste wspomnienia i skojarzenia. W tytule umieściłem jeszcze panią Zosię, żonę Zdzisława i matkę Tomasza. To wyłącznie zasługa lektury. Poznałem ją w książce Magdaleny Grzebałkowskiej na tyle dobrze, by nabrać przekonania, że bez jej udziału życiorysy Zdzisława i Tomasza mogłyby wyglądać całkowicie inaczej. Wiem, brzmi to dość banalnie, przekonany jestem jednak o tym, że wyłącznie dla kogoś kto książki jeszcze nie czytał. Uprzedzam jednak, Zosia nie jest kimś wyjątkowym, nie ma nadprzyrodzonych zdolności, jest za to kobietą, która nieustannie wspiera swojego męża, nigdy w niego nie wątpi, poświęca się dla syna i dzielnie znosi wszystko to co los i ludzie rzucają jej pod nogi.

Zdzisław niewątpliwie był człowiekiem oryginalnym. Który artysta nie jest. Jednak zanim Zdzisław został nim na dobre, odbijał codziennie kartę na zakładzie, wracał grzecznie popołudniu do domu, zjadał obiad i zabierał się za chałupniczą realizację własnych pasji związanych z fotografowaniem i rysowaniem. U Grzebałkowskiej dowiesz się o tym, że ten sam Beksiński był najbardziej kreatywnym i oryginalnym konstruktorem a fabryce autobusów SAN i choć jego projekty nie wchodziły zazwyczaj do masowej produkcji (poza zdaje się jednym) to gdy jeździły po ulicach jako prototypy, wzbudzały powszechny zachwyt lub przynajmniej konsternację. Gdy zdecydował, że na chleb będzie zarabiał wyłącznie jako artysta, rzucił pracę w SANie i przez kilka miesięcy uczył się malować farbami. Niewiele wiem o artystach, ich codziennym życiu, jeszcze mniej o malarzach, w ogóle i statystycznie rzecz biorąc. Oryginalność Zdzisława Beksińskiego polega dla mnie na tym, ze poza swoim niewątpliwym talentem, był zwykłym facetem, panem domu, który potrafi zajmować się tak przyziemnymi sprawami jak konstruowanie domowego budżetu, robienie zakupów itp. Do tego miał zupełnego hopla na punkcie nowinek technicznych. Dziś moglibyśmy go nazwać geekiem i spodziewać się, że będzie prowadził bloga, w którym opisze wszystkie przetestowane aparaty fotograficzne, odtwarzacze cd, kamery video i komputery. Skrupulatne dokumentowanie wszystkiego co się wokół niego działo, czy to za pomocą magnetofonu czy kamery było zresztą kolejnym natręctwem Zdzisława. Do tego Beksiński był sprawnym biznesmenem. Być może każdy artysta jest lub być nim powinien, tak czy inaczej na kartach książki Magdaleny Grzebałkowskiej taki temperament Zdzisława jest nader widoczny i dla kogoś takiego jak ja jawi się jako coś ciekawego i unikalnego.

Tomasz. Mam problem z jednoznacznym odbiorem i oceną Tomasza. Z jednej strony to dość wredny dzieciak, którego relacje z ojcem są właściwie od początku życia w specyficzny sposób chłodne i zdystansowane, choć to akurat bardziej zasługa ojca. Dzieciak, który gdy już jest mężczyzną psychicznie znęca się nad rodzicami, często nie panuje nad swoimi emocjami, wielokrotnie targa się na własne życie, ale nade wszystko pragnie miłości, przy okazji notorycznie ofiarowując swoją niewłaściwym kobietom. Z drugiej jednak strony to facet, który jest niesamowicie uzdolniony w kilku wybranych przez siebie dziedzinach. Staje się tłumaczem dialogów w anglojęzycznych filmach, jego tłumaczenia filmów o Jamesie Bondzie do dziś są tymi najlepszymi. Zostaje dziennikarzem muzycznym, posiadając nie tylko unikalną kolekcję płyt, ale przede wszystkim wielką wiedzę na jej temat i temat muzyki rockowej w ogóle. Właśnie muzyką Tomasz zainspirował mnie najbardziej, zresztą trudno sobie wyobrazić żeby mogło być inaczej. Przesłuchałem już wiele płyt, które wówczas puszczał na antenie, o których do tej pory nie miałem pojęcia, a przecież sam o sobie mógłbym powiedzieć, że słucham dużo i odkrywam muzykę w trybie ciągłym. Mam w sobie sporo pokory w tym względzie, a po przeczytaniu opowieści o Tomku mam jeszcze więcej.

Niedługo po tym jak przeczytałem ostatnią kartę, mając w pamięci video-obsesję Zdzisława włączyłem YouTube. Nie znalazłem tam wówczas żadnego materiału, po którym mógłbym jakoś instynktownie polubić Beksińskich. Opinię tą wyrażam już jednak po lekturze, a ona sprawiła jednak, że coś do nich poczułem. Przede wszystkim to, że chcę kiedyś pojechać do Sanoka i stanąć przed największą kolekcją dzieł Beksińskiego. Tak, to dobry powód by wreszcie dokądś pojechać i przeżyć coś w pojedynkę. Od Tomka wziąłem zaś listę ulubionych płyt i dziś już wiem, że beznamiętne prześlizgnięcie się przed laty przez kilka progresywnych zespołów z lat 70′ było błędem, a już totalną klęską była zupełna nieznajomość takich grup jak Camel, Strawbs czy The Who. Nadrabiam więc i nadal myślę o Sanoku.

W zasadzie to chciałem napisać kilka zdać o samej książce, ale skoro do tej pory tego nie zrobiłem to postanawiam poświęcić jej ostatnie zdanie stwierdzając, że to jedna z lepszych biografii, czy historii ludzkiego losu jakie dotąd czytałem.

PS. The Who – Quadrophenia jest płytą genialną. Słucham jej gdy to piszę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s