Niebezpieczne związki

wilki

Przeczytałem ją w ekspresowym tempie. Oczywiście ekspresowym jak na mnie. Wciągnęła mnie bardzo, pomimo wszystkich swoich słabości, niedomówień, czarnego i białego PR’u, który ze sobą niesie. Przy okazji przepraszam stado wilków za wykorzystanie zdjęcia w tytule, bo być może to w gruncie rzeczy całkiem miła wataha. Nie znalazłem niestety grafiki z okładki w wystarczająco dobrej rozdzielczości. Zacznę jednak od tego, że najbardziej razi mnie tytuł książki. Ja bym go zmienił, zrezygnował z Bronisława K., zostawiając same  “Niebezpieczne związki”. Według mnie, dzięki temu zabiegowi uniwersalność książki byłaby jeszcze bardziej niezaprzeczalna i jednoznaczna. Ale jak rozumiem chodziło pewnie też o odpowiedni marketing.

Wspominałem o tym kiedyś, że dopuszczam możliwość, “wierzę” to być może zbyt duże słowo w tym wypadku, że istnieją na świecie siły, które pewne zjawiska czy obszary kontrolują w całkowicie inny sposób, niż ten który podają nam media czy podręczniki. Spiskowa teoria dziejów jest sama w sobie czymś intrygującym, atrakcyjnym i dla kogoś komu wydaje się, że go nie dotyczy – czymś rozrywkowym. Siebie stawiam więc gdzieś po środku tego czy się w coś wierzy czy nie. Dopuszczam możliwość tego, że coś się mogło wydarzyć w określony sposób, choć jednocześnie wiem że nie koniecznie tak się rzeczywiście stało.

Gdy wziąłem do ręki książkę Wojciecha Sumlińskiego i gdy przeczytałem pierwsze 50 stron, wiedziałem już, że niezależnie od tego jaki mam stosunek do spiskowej teorii dziejów, to mam przed sobą interesującą historię, napisaną w atrakcyjnej konwencji thrillera politycznego, której klimat w pierwszym momencie skojarzył mi się z tym zaprezentowanym kilka lat wcześniej przez Bronisława Wildsteina w powieści “Dolina nicości”. Tam wszystko jednak podane było w sposób zawoalowany, było literacką fikcją, której związek z rzeczywistością, jakkolwiek zasugerowany dość wyraźnie, można było wierzyć lub nie. U Sumlińskiego zaś wszyscy bohaterowie są przedstawieni z imienia i nazwiska. Tło wydarzeń jest bardzo jednoznaczne i trudno odmówić mu prawdziwości. Ale też jedna i druga książka są przedstawicielami zupełnie różnych gatunków. Sumliński jak rozumiem napisał reportaż, rozbudowany felieton, czy inną formę utworu kojarzonego przede wszystkim z pracą dziennikarską, wykorzystując w celu podniesienia jego atrakcyjności elementy z literatury sensacyjnej. Tak jak wspomniałem wcześniej, według mnie był to bardzo dobry i udany zabieg.

Im dalej zagłębiałem się w lekturę tym silniejsze stawały się skojarzenia z trylogią „Millennium” Stiega Larssona, jej klimatem i stylem w którym została napisana. Być może dla Sumlińskiego to jest jakiś komplement, nie wiem, na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie to, że „Millennium” czytałem dość dawno. Tak czy inaczej poza klimatem skojarzenia poszły jeszcze dalej i Wojciech Sumliński stał się dla mnie w pewnym momencie prawie Mikaelem Blomkvistem, choć do pełni szczęścia brakowało mu otoczenia kobiet. W „Niebezpiecznych związkach” pojawia się dokładnie jedna, która w jednym z epizodów jest łącznikiem pomiędzy bohaterem a Byłym Premierem. Nie dochodzi jednak do niczego więcej.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch „miękkich” rzeczach, które na pewno mają wpływ na moją ocenę książki Sumlińskiego. W jednym z rozdziałów autor pisze, że jeden z jego życiowych mentorów przekazał mu kiedyś pewną zasadę, która w pracy dziennikarza śledczego ma niezaprzeczalne znaczenie. Chodzi o to by niczemu się nie dziwić. Nil Admirari. Uśmiechnąłem się, gdy to przeczytałem, ponieważ uważam, że to najbardziej uniwersalna zasada, dotycząca życia i pracy specjalistów w różnych dziedzinach. Wspominałem zresztą o tym kilka miesięcy wcześniej tu. Drugi przypływ prywatnej sympatii do autora miałem wtedy, gdy w jednym ze wzruszających fragmentów swojej opowieści nawiązał do jednej ze scen z filmu „W pogoni za szczęściem”, w której Will Smith rozkleja się w swojej bezradności. Te dwie małe rzeczy sprawiły, że instynktownie ufam Sumlińskiemu, albo co najmniej go lubię. Czuję, że jest dobrym człowiekiem.

Przechodzę do rzeczy, a wszystko co piszę, piszę z perspektywy kogoś, kto zupełnie nie zna się na intrygach politycznych, biznesowych czy salonowych, kogoś komu całkowicie obce są nie tylko mechanizmy które się w takich sytuacjach wykorzystuje, ale także samo zdobywanie wiedzy o tego rodzaju mechanizmach. Tak czy inaczej historie, które opowiada Sumliński sprawiają, że zaczynasz się zastanawiać. Zastanawiać nad bardzo wieloma aspektami życia, które obserwujesz przez szklany ekran czy gazetową szpaltę. Dociera do Ciebie, że być może ten pierwszy garnitur polityków czy biznesmenów to w dużej części tacy układowi celebryci, ludzie słabi, złamani, lepiej lub gorzej grający swoją rolę.

To nie jest książka o Bronisławie Komorowskim, choć jego nazwisko pojawia się w niej wyjątkowo często. Jedno udaje się jednak Sumlińskiemu osiągnąć. Dla kogoś kto to przeczyta Komorowski przestanie być niepozornym, nieszkodliwym czy ciapowatym „bulem”. Stanie się zawodnikiem z pierwszego szeregu, który tylko kreuje siebie na postać skromną i zazwyczaj drugoplanową. Nie, nie demonizuję go, po prostu dopuszczam taką możliwość. To książka przede wszystkim o służbach specjalnych, sposobach ich działań i stosowanych metodach. Zbiór połączonych ze sobą w fabularyzowany sposób historii, które większość z nas zna z mediów, a które z perspektywy dziennikarza śledczego wyglądają trochę inaczej i najczęściej mają jakieś drugie dno.

Sumliński wielu historii nie kończy, o wielu ciekawych wątkach tylko wspomina, sypie nazwiskami i powiązaniami w taki sposób jakby mówił, słuchajcie muszę to zmieścić na około 400 stronach, ale sami widzicie, że mam tego znacznie więcej. Wyobrażam sobie, że bohaterowie tej opowieści powinni odebrać ją jako ostrzeżenie. Z drugiej strony kompletnie nie rozumiem kilku zawodowych potknięć, które przytrafiły się tak wytrawnemu, doświadczonemu dziennikarzowi. Dwukrotnie tracił rękopis własnej książki o zabójstwie księdza Popiełuszki. Za każdym razem miał tylko jeden egzemplarz. Jak to możliwe? Gdy dostał prawdopodobnie najważniejszą teczkę w swoim dziennikarskim życiu, to akurat tego dnia postanowił wracać piechotą, szosą ale przez ciemny las. Nieprawdopodobne. Myślę sobie, że może to też jest historia z drugim dnem, że jest adresowana do kogoś konkretnego, kogoś kto teraz zrozumie, że teczka istnieje i jest nadal w posiadaniu autora. Nie wiem, ale taka wersja byłaby najbardziej ekscytująca.

Moim zdaniem warto podejść do lektury „Niebezpiecznych związków” jak do literatury sensacyjnej. I tak wszystko to co w niej jest, jest poza zasięgiem poczciwego zjadacza chleba, a patrząc na to w skali makro, jest tylko jedną z możliwych wersji wydarzeń. Mniej lub bardziej prawdopodobną, może prawdziwą. Tak czy inaczej, jeżeli jesteś akurat na fali, czytasz „Resortowe Dzieci”, oglądasz „V jak Vendetta”, ukradkiem zerkasz na newsy Stonogi to książka Sumlińskiego jest dla Ciebie pozycją obowiązkową. Jeżeli nie jesteś na żadnej fali, ale jeżeli dopuszczasz możliwość pewnych spraw i zazwyczaj niczemu się nie dziwisz, to w Twoi przypadku lektura będzie doskonałą gimnastyką rozwijającą te dwie umiejętności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s