Cały ten jazz?

whiplash

Lubię sam ze sobą grać w pewną grę. Nawiasem mówiąc, myślę, że większość ludzi w nią gra. Polega ona na przedstawianiu sobie różnych sytuacji, wydarzeń, przeczytanych książek, przesłuchanych płyt czy obejrzanych filmów w sposób całkowicie przeciwny do tego w jaki się je rzeczywiście odebrało czy przeżyło. Gram zazwyczaj tylko w swojej głowie, nie materializuję tego co się tam dzieje i rzadko kiedy dzielę się z kimkolwiek tym co przyszło mi na myśl. Wspominam o tym teraz, bo gdy ujrzałem plakat zapowiadający film „Whiplash” pomyślałem o samospełniającej się przepowiedni, która dla takiego zawodnika jak ja jest rzuconą rękawicą …

Jazz znów wchodzi pod strzechy, tak też pomyślałem i choć dość szybko się rozmyśliłem to dziś uważam, że jednak jakiś jazzowy posmak po „Whiplash” pozostaje. Być może to dzięki temu, że zanim włączyłem film to przesłuchałem ścieżkę dźwiękową? Tak czy inaczej jest wiele elementów, które czynią „Whiplash” filmem wyjątkowym, wiele poza plakatem. Są też jednak takie, które sprowadzają wszelkie rozważania na ścieżkę utartych hollywoodzkich schematów. Jest bohater, zwyczajny chłopak, ubrany tak jak każdy z nas, który za wszelką cenę dąży do celu. Jest nauczyciel, postać surowa, a jednocześnie wyrazista i jaskrawa pomimo wiecznie ciemnego stroju. Jest ojciec bohatera, który zazwyczaj nie zabiera głosu w żadnej sprawie, grając podręcznikową, wręcz teatralną rolę drugoplanową. Jest wreszcie dziewczyna głównego bohatera, która jest tylko po to by cena przyszłej kariery chłopaka była jeszcze wyższa. No dobrze, nie wszystko jest schematem. Motyw ucznia i mistrza, który zaserwowany został w tym filmie to nie jest taki zupełnie klasyczny motyw. Owszem, uczeń i mistrz są w pewnym sensie są do siebie bardzo podobni, ale tylko w takim, że wszystko co robią, robią za wszelką cenę. Trudno w tej relacji o inspirację, jest za to wszechobecna, ślepa wręcz i idiotyczna rywalizacja, która w rezultacie doprowadza obydwu do klęski, żaden nie osiąga tego do czego dążył.  Dziś, gdy sobie o tym myślę, uważam, że to jest głównym przesłaniem tego filmu. Brak inspiracji, brak zdrowej, twórczej relacji, który prowadzi donikąd.

Tuż po seansie pomyślałem jeszcze o jednym – ten film nie ma duszy, ma sprzeczności, ma prowokacje, ale nie czuję w nim muzyki jako takiej. Wtedy jeszcze myślałem, że to jest film o muzyce i że to ona powinna być jego duszą. Owszem jest kilka momentów, w których padają nazwiska sławnych jazzowych muzyków, ale nie dało się wyczuć bezpośredniej motywacji bohatera by stać się kimś podobnym do jednej z jazzowych ikon.

Dziś przewrotnie uważam, że „Whiplash” duszę ma i że oprócz tego, że jest filmem o rywalizacji, jest też filmem o muzyce, o absolutnej muzycznej perfekcji, o dążeniu do bycia muzyczną gwiazdą i pragnieniu by muzyka była najważniejszą rzeczą w życiu. Tyle, że za wszelką cenę.

Podobała mi się ta muzyka. Nie chciałbym jednak żeby początki karier tych wszystkich młodych utalentowanych perkusistów, pianistów czy trębaczy wyglądały podobnie. Współczucie to uczucie, które najczęściej daje o sobie znać podczas seansu.

Kiedyś postanowiłem, że nie będę tu pisał klasycznych recenzji. W przypadku „Whiplash” nie potrafiłem inaczej. Być może dlatego, że instynktownie powstrzymuję się przed wypłynięciem na ocean myśli dotyczących tego co w życiu warto, a czego nie warto?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s