Droga. Każdy chce i potrzebuje.

theway

Ten film nie zasługuje na to, żeby o nim pisać. Nie rozumiem jego wysokich ocen w serwisach takich jak IMDB czy Filmweb. Być może wynikają z tego, że społeczeństwo (ciekawe, że nie tylko nasze) odebrało go jako film katolicki, lub film o wartościach. Nie jest to jednak obraz ani o jednym, ani o drugim, a przynajmniej nie na tyle, żeby posługiwać się wobec niego wyłącznie którąś z tych kategorii. Tak czy inaczej nie miało być o filmie i postaram się żeby nie było. Będzie bowiem głównie o drodze …

Ale zanim o tym, to jeszcze kilka słów wstępu. Poświęciłem bowiem z jakiegoś powodu te dwie godziny swojego życia by oglądnąć obraz, który zostawił kilka dość skrajnych wrażeń. Z jednej strony świetna gra, niezawodnego Martina Sheena, który nie wygląda na swoje prawie 75 lat (a może dziś się tak wygląda w tym wieku?), z drugiej pojawiający się co chwila martwy syn, grany przez Emilio Esteveza, który według mnie jest najsłabszym elementem tego filmu. Nota bene Emilio jest jego autorem, napisał scenariusz i wyreżyserował jak mniemam dzieło swojego życia. Moim zdaniem lepiej zrobiłby wynajmując młodszego brata lub kogokolwiek innego, jeżeli już zdecydował się na wstawienie tej postaci do scenariusza. Zresztą i tak wydaje się, że jest ona w tym filmie trochę jakby na siłę, po to by pan reżyser mógł pokazać się na ekranie. Nie ważne.

Dlaczego zatem nie wyłączyłem tego filmu po 30 minutach? Naprawdę miałem ochotę to zrobić, ale przypomniała mi się pewna książka. Pisałem o niej już tu zresztą [LINK]. Biznesowa literatura traktująca o wartościach, z jednym niewielkim wątkiem związanym z Drogą św. Jakuba, która to jak się okazało jest tą tytułową drogą z filmu. Pomyślałem sobie wtedy, że oglądam coś co nie jest żadnym tam sentymentalnym gadaniem, a nawet jeżeli jednak było to i tak spojrzałem na to ze swojej perspektywy. Pomyślałem sobie wtedy właśnie o tym, że „droga” jest czymś oczywistym, jednym z podstawowych, pierwotnych  pragnień człowieka, a na pewno mężczyzny, nawet jeżeli z tego pragnienia nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Spokojnie, dopadnie go wcześniej czy później taki stan, taki wiek albo inne okoliczności, gdy „droga” okaże się jedyną rozsądną możliwością.

No dobrze, już na poważnie, choć po prawdzie ostatnie zdanie już takie było. Gdy widziałem tego Martina Sheena, gdy szedł, gdy bardzo chciał być podczas tej wędrówki sam, gdy wreszcie sam być nie mogąc nawiązywał relacje, które owszem były ważne ale nie przełamywały pewnej szczególnej, osobistej granicy, pomyślałem sobie, że najważniejsze jest to czego nie widać, to czego nie ma na ekranie, co dzieje się w głowie głównego bohatera i czego każdy widz powinien się sam domyślić i zinterpretować. Pomyślałem, że całkiem niepostrzeżenie, w wyniku tragicznego wydarzenia – śmierci dorosłego już syna osiągną stan, który pomoże mu wszystko poukładać, wszystko zrozumieć lub po prostu zamknąć pewien rozdział życia i rozpocząć nowy. Nie żeby miał taką potrzebę wcześniej, tego akurat nie wiadomo, ale teraz gdy się pojawiła – „droga” była czymś oczywistym.

Gdy o tym myślę, przychodzą mi do głowy moje Bieszczady, choć prawdę mówiąc to nie muszą być Bieszczady, mimo że bardzo chciałbym żeby były. Potrzebuję czegoś, co byłoby tylko moje, tylko dla mnie, takiej „drogi” na której będę tylko ja, a jeżeli z kimś, to z kimś neutralnym w stosunku do tego od czego chciałbym odpocząć, z czym chciałbym choć na chwilę skończyć. Tak, to smutne, może niezrozumiałe i może jestem w błędzie, tego też nie wykluczam, chciałbym jednak spróbować spojrzeć na świat z takiej czystej, nieskalanej perspektywy. Oczywiście nie chciałbym mieć takiego bodźca jak Martin Sheen, to co czuję obecnie wystarczy, choć oczywiście nie można w żaden sposób tego porównać. Ja mogę pozwolić sobie na komfort rozmowy o tym, jak tą swoją „drogę” sobie wyobrażam, gdybym miał niezaplanowany powód to cała ta ideologia wzięłaby w łeb. Ktoś może jednak powiedzieć, że wtedy jednak może być wreszcie wyruszył, a tak to tylko plany, dywagacje, niezrealizowane marzenia i teoretyzowanie. I może miałby rację? Kto wie.

Jaki jest morał tej opowieści? Dla mnie prosty: idź!

 

źródło obrazka: screen z filmu pożyczony z: http://neverendingwanderlust.com/2014/03/19/best-travel-movies-time/

One comment

  1. Rozumiem Cię chociaż nie oglądałam tego filmu. Ja chyba dla tego postanowiłam polecieć do Australii w listopadzie. Moja dusza jest zmęczona, potrzebuje neutralnego otoczenia, chociaż nie wierze że istnieje takie miejsce, nawet tak na końcu świata bo nie da się uciec, nie da się uciec od przeznaczenia bo myślę że jesteśmy jak piórka miotani przez wiatr. Tak jak zawieje, tam polecimy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s