Gdy absurdy nie przeszkadzają …

chef

Gdybym recenzował filmy, to o tym nie chciałbym napisać ani zdania. Wolałbym o jakimś innym, ogólnie mówiąc lepszym, bo przecież ich nie brakuje. Nie będzie to jednak recenzja, choć gdy skończę może się wydawać, że zalatuje nią na odległość. Rozpoczynając pisanie zamiar mam zgoła inny. Stawiam sobie tezę, że absurdy nie położyły tego filmu całkowicie na łopatki ponieważ miał to coś, co go uratowało. Co? Let’s go.

Ciepłe sierpniowe popołudnie. Przechodzę obok ECK, byłem wówczas w Elulu, i w szklanej witrynie widzę żółty filmowy plakat, który oprócz tego że rzuca się w oczy, przedstawia całkiem sympatyczne zdjęcie, instynktownie wywołujące pozytywne skojarzenia. Może to jest film o kimś całkiem zwykłym, może to jest film o zwykłych sprawach, bez patosu, ale też bez uproszczeń, nieskomplikowana rozrywka dla tych którzy narzekają na brak czasu, perspektyw i nadziei? Tak wówczas pomyślałem. Na szczęście nie oglądnąłem go wtedy bo myślę, że gdybym spędził czas w kinie, nie ważne czy na mniej czy bardziej wygodnym siedzeniu, to podświadomie nie spisywałbym go tak ostatecznie i jednoznacznie na straty bo kładłbym na szali fakt, że musiałem zapłacić za bilet. Zresztą teraz też tego nie zrobię.

Stało się więc tak, że „Szef” napatoczył się jako jeden z filmów czekających na swoją kolej. Krótki rzut oka na opis głównego wątku i przyszły do mnie te same pozytywne myśli, które miałem w sierpniu. Po kilkunastu minutach miałem ochotę go wyłączyć i pewnie bym to zrobił gdyby było w tamtej chwili coś, co mogło mnie bardziej zająć. Ale nic innego nie było, co w ogólnym rozrachunku odbieram jako sprzyjającą okoliczność. Oglądając „Szefa” bawiłem się dość dobrze, z jednej strony miękko przyjmując absurd po absurdzie, z drugiej – od czasu do czasu uśmiechając się całkiem szczerze, by wreszcie przez kilka chwil zastanawiać się nad tym, czy aby ten film nie ma jakiegoś głębszego przekazu.

Po pierwsze główny bohater to równocześnie scenarzysta i reżyser filmu. Nie mam pojęcia jak się to stało, kim on jest, jaki ma dorobek, skąd pochodzi i w ogóle, ale wyobrażam go sobie jak szyderczo uśmiecha się pisząc scenariusz i układając obsadę. Pomyślał może wówczas mniej więcej tak: „jestem raczej gruby i nieatrakcyjny, mam zwykłe życie, zwykłą dziewczynę czy żonę,  żadnych celebryckich ekstrawagancji czy przygód, więc w pierwszej kolejności zacznę od Scarlett Johansson i Sofii Vergary. Pierwsza będzie moją kochanką, a druga byłą żoną”. Wiem, że to nie takie proste, ale nie potrafię wyobrazić sobie że ktoś, kto jest tylko świetnym kucharzem może mieć takie kobiety w realu. Do tego obie są mądre, a jedna jeszcze dość obrzydliwie bogata. Nie jestem zazdrosny, nic z tych rzeczy i nie mam kompleksów. Po prostu uważam, że to wygląda niewiarygodnie i jest pierwszym absurdem w tym filmie.

Po drugie czas, czas płynie tu jakoś inaczej. Nie miałem wrażenia, że za szybko, raczej że po łebkach. Wiadomo, że w filmie nie wszystko można jednoznacznie opowiedzieć, ale sprawianie wrażenia, że będącego w stanie kompletnego rozkładu vana można w jedno popołudnie doprowadzić do jako takiego porządku jest po prostu nadużyciem.

Po trzecie relacje między ludzkie. Jest ich sporo, ale są raczej luźne, przedstawione są tak, że ani jedna nie wydaje się wystarczająco silna, albo prawdziwa by spowodować poświęcenia, które się wydarzają. Ni stąd ni zowąd pojawia się kumpel z poprzedniej pracy, który rzuca robotę w świetnej restauracji, by dosłownie wylądować nazajutrz na drugim końcu Stanów w celu podjęcia całkiem darmowej, hipsterskiej pracy w vanie z kanapkami. Wówczas ten van jest oczywiście jeszcze w stanie bardzo wstępnym. No nic, widocznie takie sytuacje są możliwe. Właśnie ujawniła się pomiędzy bohaterami szczególna przyjaźń, którą reżyser wcześniej skrzętnie ukrywał.

Po czwarte kwestie materialne, rzekłbyś przyziemne, a jednak budzą pewną konfuzję. Nasz szef kuchni po utracie pracy właściwie już kolejnego dnia stwierdza, że jest bez kasy. Dziwne. Wchodzi w jakąś dziwną relację z byłym mężem byłej żony by za pożyczone od niej pieniądze kupić zdezelowanego vana. Swoją drogą, kompletnie nie można zrozumieć po co jest ten wątek z byłym mężem byłej żony. Potem wraz z synem i ujawnionym przyjacielem przemierza przez wiele tygodni Stany tłukąc się w spożywczym vanie, który sprawia wrażenie pojazdu wyposażonego tylko w jeden fotel, dla kierowcy. Cały czas współczułem temu dzieciakowi.

Po co o tym piszę? Ponieważ są to rzeczy słabe. Zdarzają się takie co jakiś czas w jednym czy drugim filmie, ale jestem prawie przekonany że rzadko w takiej dawce jak w tym, a już praktycznie nigdy nie zostają tak ciepło przyjęte jak w przypadku „Szefa”. Można by pomyśleć, że to takie tam niewinne niedociągnięcia, oj tam. Może rzeczywiście?

Co zatem sprawiło, że nie wyłączyłem telewizora i w dodatku postanowiłem napisać kilka zdań? Przede wszystkim to, że z „Szefa” bije coś co można określić jako: nie jest tak źle stary, dasz radę, prawdziwi przyjaciele ci pomogą, będziesz przez jakiś czas w dołku, ale już niedługo będziesz bardzo szczęśliwy, bardziej niż kiedykolwiek. Całkiem miło się na to patrzy gdy wie się, że żadnego zaskoczenia nie będzie, gdy jak po nitce do kłębka zmierza się do happy endu, który swoją drogą jest kolejnym absurdem tego filmu.

Media społecznościowe jeszcze są w „Szefie” fajne. Na początku mnie to trochę drażniło, ale potem zacząłem patrzyć na to co się dzieje na ekranie jak na swego rodzaju przewodnik dla tych, którzy swoją przygodę z social media chcą zacząć, choć jeszcze o tym nie wiedzą. Jeżeli dziś jest jeszcze ktoś kto nie zdaje sobie sprawy z siły mediów społecznościowych, powinien oglądnąć „Szefa”, tam jest to wytłumaczone najprościej i najdobitniej jak można.

Aha, jeszcze jedno, strasznie chce się jeść oglądając ten cały niezwykle modny obecnie food-porn. Dodatkowo tak się jakoś składa, że w pewnych kręgach modne są w Stanach niemieckie auta z lat 80-tych. To nie pierwszy film, w którym są tak eksponowane. Nie byłem w Stanach, więc nie wiem czy tak jest naprawdę, ale mam wrażenie, że niezależnie od tego jest to kreowanie jakiegoś stylu.

Nie napisałem w ogóle o relacji głównego bohatera z 10-letnim synem, a być może to ona jest najważniejsza? Może w ogóle ta cała sytuacja z nim i z jego byłą żoną to sedno tego filmu? Nie wiem i nie będę się już nad tym zastanawiał. Jeżeli jesteś głodny, albo jeżeli masz doła, coś ci ostatnio nie wyszło, jesteś na takim małym dnie tuż przed odbiciem się od niego – to „Szef” jest filmem przygotowanym specjalnie dla Ciebie. Chyba że po prostu masz dużo czasu, wówczas poprzednie zdanie nie ma znaczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s