Mam na imię Jenny

jenny1

Czuję, że muszę teraz o tym napisać, że nie powinienem czekać. Jest późny wieczór w niedzielę, minęły już dwie doby a ja nadal nie mogę uwolnić się od wrażenia, że przeżyłem coś wyjątkowego. Mam wrażenie, że poznałem świetną dziewczynę, no dobrze – kogoś kto wywarł na mnie ogromne wrażenie, kogo chcę lepiej poznać, spędzić z nim więcej czasu. Pewnie, że poszedłem tam z wielkimi oczekiwaniami i byłem wręcz pewien, że się nie zawiodę. Niby wszystko było przewidziane i na swój sposób zaplanowane, a jednak koncert Edyty Bartosiewicz stał się dla mnie wydarzeniem osobistym.

Każdy kto ma tyle lat co ja, albo trochę więcej lub mniej, dorastał obok czegoś co z perspektywy czasu może nazwać mitem Edyty Bartosiewicz. Dziewczyna, która miała niepokorny, nietuzinkowy image, która ani przez moment nie była klasyczną gwiazdą, która zanim dała się dobrze poznać na dobre zniknęła. Tak ją zapamiętałem. Często wracałem i wracam do jej piosenek, lubię jej teksty, lubię jej charakterystyczne i nieskomplikowane rock’owe brzmienie.

Od kilku lat pompowano balonik z wiadomością o jej powrocie, mnożono sensacje na temat powodów jej nieobecności na scenie przez ponad 10 lat. Mam nadzieję, że dla większości, tak jak dla mnie to wszystko nie miało znaczenia. Pomimo tego, że słuchałem tego wszystkiego, że czekałem i wiedziałem, że nic nie jest tak ważne jak sam powrót to nie chciałem, żeby Edyta nie daj Boże wracając zrobiła coś głupiego, komercyjnego i nieprzemyślanego. Tak naprawdę nie wierzyłem żeby to było możliwe, a jednak jakąś niewielką obawę miałem. Pewnie dlatego, że jednym z dorzucających do pieca był redaktor, który bardzo wierzył w pewien polski zespół na M i potem miał problem z zachowaniem twarzy. Nie ważne.

Płytę „Renovatio” przyjąłem jak informację „słuchajcie, jestem w formie, znów śpiewam ważne rzeczy, nie jest to może mój szczyt, ale nie jest też najgorzej”. Dziś, gdy jej słucham to wydaje mi się, że tylko dwa pierwsze stwierdzenia mają sens, zachowawczość pozostałych je dyskwalifikuje. Ale dziś już nie mogę być obiektywny bo doświadczyłem osobistego spotkania z Edytą Bartosiewicz.

Rekomendację przekazał mi Paweł R. Napisał mniej więcej tak, że był na jej koncercie w Białymstoku i było to poruszające spotkanie. Dodał jeszcze „trwa trasa – jedź”. Nie musiałem jechać, znalazłem bilety na koncert w Poznaniu. W dniu koncertu przyszedłem godzinę wcześniej. Pierwszy rząd stojących miejsc w CK Zamek był już zajęty. Stanąłem więc w drugim i w tym miejscu wytrwałem do końca.

Gdy Edyta Bartosiewicz wyszła na scenę przeżyłem coś, co nie zdarzyło mi się nigdy dotąd. Poczułem dziwny dreszcz, dziwny bo inny niż zazwyczaj. Pojawiła się dojrzała, ale niezwykle piękna kobieta. Powinienem napisać dziewczyna, ale przez szacunek dla jej 50-tych urodzin w styczniu nie mogę. Jestem przekonany, że nie tylko ja doświadczyłem takiego uczucia. Ono wisiało w powietrzu, od początku było czuć takie szczególne napięcie, coś na kształt kibicowania, euforii tłumu, który wszystko wybaczy i pójdzie za swoim idolem wszędzie. Tyle, że w tym przypadku nikt nie chciał nigdzie iść. Wszyscy czekali na ten dreszcz, który przeszył ich wraz z pierwszym wyśpiewanym wersem. Edyta zresztą też była wzruszona, nie ukrywała tego i często pozwalała sobie na krótkie emocjonalne wypowiedzi.

Koncert trwał prawie 2 godziny. Na szczęście nie było żadnego „the best of”. Były głównie piosenki z płyty „Love” i „Renovatio”, była żywiołowa aranżacja „Jenny”, było wspólne, wzruszające śpiewanie „Ostatniego”, były trzy bisy i „Szał” jako ostatni zagrany kawałek, ale z energią godną wczesnego przedpołudnia. Gdy się rozejrzałem zobaczyłem w większości ludzi w moim wieku, czasami młodszych, czasami starszych. Niektórzy byli z dziećmi, najczęściej w wieku 6-10 lat. W ich oczach widziałem odbicie własnych, szczególnie wtedy gdy trafiła się piosenka sprzed lat, którą zresztą większość śpiewała razem z Edytą. W pewnym momencie, pomiędzy piosenkami Edyta powiedziała, że trzeba mieć marzenia i w nie wierzyć: „siedziałam w domu na kanapie, marzyłam i wierzyłam, że zagram kiedyś taki koncert jak ten, że będę miała głos, że będę miała taką publiczność.” To było szczere, na wskroś szczere i myślę, że wielu poczuło wtedy dreszcz.

Gdy wyszedłem na lekko mroźny listopadowy świat, poczułem, że muszę jeszcze gdzieś się zatrzymać, usiąść na chwilę i nie pozwolić tej chwili minąć. Pierwszy napotkany pub, szklaneczka Guinessa i rzut okiem wokoło na ludzi, z których znakomita większość nie miała pojęcia o tym co wydarzyło się nieopodal. Poczułem się wyjątkowo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s