Przychodzą do mnie takie myśli

kain1

Myślę, że to było tego wieczora u J. w Gdańsku kilka miesięcy temu. Gdy przebrnęliśmy już przez wiele ciekawych i stosunkowo łatwych tematów, przyszedł czas na te trudniejsze, choć ciągle związane głównie z muzyką czy literaturą. Te wątki praktycznie zdominowały tamten wieczór. Przyszedł więc czas na zaimponowanie sobie czymś nieoczywistym, niszowym i niespodziewanym. J. wyjął jednego z kilku asów jakie miał w rękawie. Nie był to ani pierwszy as, ani jak się pewnie jeszcze w życiu nieraz okaże – ostatni.  Tym asem był „Kain”, ostatnia powieść Jose Saramago, a J. powiedział: „jeżeli chcesz się dobrze i szybko zabawić, a jednocześnie zadać sobie kilka trudnych pytań to przeczytaj to.”

Któregoś dnia zauważyłem, że mam ją w kindle, pewnie dodałem od razu po tej wycieczce do Gdańska. Na swoją kolej musiała poczekać kilka miesięcy, ale się doczekała. Właściwie już po kilkunastu stronach zacząłem zadawać sobie pytanie, dlaczego i po co Saramago ją napisał? Czytałem kiedyś kilka jego książek i żadna nie zaczynała się tak „słabo”, albo nieintrygująco, żeby nie być całkowicie niesprawiedliwym, bo przecież w ogólnym rozrachunku jak się wkrótce okaże „Kain” nie został przeze mnie zaliczony do grona najgorszych beletrystycznych doświadczeń.

Sprawdziłem kilka miejsc w internetach. Oceny „Kaina”, które znalazłem były dość skrajnie. Dominuje pogląd, że to najsłabsza książka Saramago, że powstała nie wiadomo po co, że wiele w niej przejaskrawionych wątków, że jest nudna, że została zakończona tak, jakby autorowi nie chciało się jej już dalej pisać. Sam będąc jeszcze w połowie lektury miałem zamiar ją porzucić, a jeżeli nie to przynajmniej skończyć ją możliwie szybko i nie zatrzymywać przy niej na dłużej. Fakt, książka jest krótka, sto kilkadziesiąt stron, ale niestety gdy już ją skończyłem spowodowała pewien ciąg myślowy, którego nie mogę się pozbyć.

W pierwszej kolejności chciałbym jednak wspomnieć o „tych myślach”. Przyszły do mnie po raz pierwszy ponad dwadzieścia lat temu. Wtedy właśnie poznałem spiskową teorię dziejów, choć akurat to określenie usłyszałem dużo później. Byłem w którejś z wyższych klas podstawówki, gdy na zastępstwo przyszedł pan, którego dziś już kompletnie nie pamiętam ani nie kojarzę czy i czego uczył w naszej szkole. Tak czy inaczej dla niego ta sytuacja była sporym zaskoczeniem i zupełnie nie wiedział co z nami począć. Nie przygotował się do prowadzenia zajęć, nie specjalizował się w tej dziedzinie (nie pamiętam co to był za przedmiot), więc postanowił opowiedzieć nam coś ciekawego. Rozdział po rozdziale, historia po historii mówił nam o tzw. niewyjaśnionych wątkach dziejów ludzkości na podstawie książki „O tych, co z kosmosu” Arnolda Mostowicza, a my (ja na pewno) siedzieliśmy i słuchaliśmy z zapartym tchem. Może ten pan miał taki dar, nie pamiętam już, dość że to o czym mówił zrobiło na mnie ogromne wrażenie i postanowiłem przeczytać tą książkę kiedy nadarzy się okazja. Minęło kilka lat i będąc w pierwszej klasie liceum trafiłem na nią na półce szkolnej biblioteki. Nie szukałem jej przez te lata, można powiedzieć że sama do mnie przyszła. Gdy ją przeczytałem, uznałem że historie są ciekawe, intrygujące, ale sposób w jaki zostały opowiedziane wtedy przez tego nieznanego nauczyciela był o niebo ciekawszy. Być może zadziałała magia pierwszego wrażenia. Wkrótce odkryłem, że wszystkie, lub prawie wszystkie historie opisane w książce Mostowicza pochodzą od Ericha Deanikena. Zacząłem więc czytać jego niesamowite opowieści. Te były ciekawsze, bardziej intrygujące, przeczytałem ich w tamtym czasie naprawdę sporo. W ogóle chyba jest tak, że człowiek w młodym wieku interesuje się takimi tematami i przyjmuje je bardziej bezkrytycznie, bo nie ma doświadczenia i punktu odniesienia.

Dlaczego o tym wspominam? Dlaczego aż tak daleko odszedłem od „Kaina”? Hmm, to jeszcze nie koniec. Jest jeszcze pewnego rodzaju środek tej opowieści. Otóż od jakiegoś czasu internety w coraz większej liczbie miejsc, a przynajmniej ja co raz więcej takich miejsc widuję, publikują informacje z gatunku spiskowych teorii dziejów. Czy się tego chce czy nie pewne sprawy są obok, mówi się o nich i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy światem rządzą przedstawiciele obcej cywilizacji, czy bawią się nami, przeprowadzają na nas doświadczenia, zarówno medyczne jak i socjologiczne? Czy nasz czas przemija, bo skoro człowiek żyje na ziemi tylko od 0,01% czasu istnienia tej planety, to może już wystarczy? Mógłbym podać wiele przykładów, można by z nimi polemizować, ale ja nie jestem właściwym adresatem, jestem laikiem w tych sprawach. Moje zainteresowanie nimi nie jest nawet z gatunku przyczynowo – skutkowych, to raczej pewnego rodzaju przyjęcie do wiadomości faktu, że coś jest potencjalnie możliwe skoro nie można tego jednoznacznie uznać za rzecz czy sytuację niemożliwą.

Dobrze, dość wspomnień i dociekania. Na zakończenie chciałbym tylko wspomnieć o czym jest „Kain”, bo o tą książkę przecież tu chodzi. „Kain” nie jest spiskową teorią dziejów i nie jest tanią sensacją, choć myślę że znalazłoby się wielu, którzy tak o niej sądzą. „Kain” to zestaw kilku trudnych filozoficznych pytań. Trudnych nie w tym sensie, że są zawiłe czy rozbudowane, wręcz przeciwnie pytania są banalnie proste, rzec by można że są oczywiste i skoro są oczywiste dziś to zawsze takimi być mogły, a jednak nikt nigdy ich wcześniej nie zadał albo o tym że zostały zadane nikt się nie dowiedział. Trudnością jest więc przedstawienie wiarygodnej na nie odpowiedzi. Dlaczego Bóg jest taki okrutny? Dlaczego jest taki niesprawiedliwy? Dlaczego morduje niewinnych ludzi? Dlaczego znęca się nad tymi, którzy są mu bezwarunkowo posłuszni? Tak, takie pytania zadaje się w „Kainie”, opierając je na konkretnych zdarzeniach opisanych w Starym Testamencie.

Nie kontestuję swojej wiary, nie podważyła jej ta lektura, lecz dzięki niej wiem, że moja wiara jest całkowicie bezwarunkowa, nie ma u swoich podstaw żadnego twardego fundamentu, po prostu jest i tyle. Wiem to bo nie potrafię odpowiedzieć na pytanie dlaczego Bóg jest miłością? Albo dlaczego Bóg jest sędzią sprawiedliwym, czy dobrym ojcem? Otuchę przynosi jedno ze zdań napisanych przez Saramago: „Historia ludzi to historia ich niezrozumienia z bogiem, ani on nas nie rozumie, ani my jego nie rozumiemy”. Tylko że to też marna otucha bo nigdzie nie widać nadziei na to żeby to niezrozumienie miało kiedykolwiek się zmienić w zrozumienie.

 

źródło obrazka: okładka książki z niemieckiego wydania.

One comment

  1. Mam takie myśli codziennie. Dla mnie Bóg jest miłośćią. Doszłam do tego przez jakieś te ostatnie kilka lat że my jesteśmy reprezentacją Boga w swoim życiu. Chodzi mi o to że tak jak traktujemy swoje fizyczne i metafizyczne ciało, to tak traktujemy Boga w swoim życiu, np. jeżeli się nie wysypiamy i odżywiamy śmieciami, to Bóg nie będzie mogł „przemawiać” dobrze używając nasze słabe ciało i nie będziemy w stanie być tą właściwą reprezentacją Boga w naszym życiu. Ale nawet jeżeli robimy wszystko co trzeba i kiedy trzeba to popełniamy jednak błedy bo myślę że Bóg czasami nie chce nam otworzyć pewnych drzwi kiedy my byśmy chceli i to nas boli ale on się z nas śmieje tam z góry bo wie że to dla naszego dobra. Dla tego ludzie muszą cierpieć, muszą czekać, i raczej myślę że to jest żeby przygotować tego słabego „żołnierza” do cieżkiej bitwy która ma zwycięźyć, oczywiście 🙂

    A teraz w skrócie co to jest dla mnie wiara. Może w przykładach będzie mi łatwiej 🙂 – 1). Kiedy ktoś się leczy na raka ale mówi Tobie żebyś położył mu na półce obok jego łóżka w szpitalu buty do biegania bo zamierza biegać nie długo. 2). Kiedy inwestujesz w związek, który nie jest pewny, swój czas. 3). Kiedy wstajesz wcześniej rano i puszczasz muzykę specjalnie dla dzieci aby miały chęć wstać i iść do szkoły. 4). Kiedy coś zgubiłaś ale mówisz wszystkim że to jest tylko dobrze schowane, i dziękujesz Bogu że codziennie jesteś bliżej odzyskania tej rzeczy, i trzy lata póżniej znajdujesz to pod fotelem w samochodzie, i mnóstwo innych rzeczy przy okazji ;). O.K. wystarczy 🙂 wiesz o co chodzi.

    Trochę się tu rozpisałam, przepraszam, ale tak jak mówiłam, codziennie mam takie myśli. Także inne pytania mi przychodzą; 1). Do czego, to co się dzieje w moim życiu, ma mnie przygotować? 2). Dla czego się tak uśmiecham do tej osoby, a do tej nie? 3). Dla czego się boję kogoś stracić? 4). Czy to źródło które nami steruję jest zawsze Bogiem? itd. Itp. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s