Pierwszy raz ma znaczenie

Pierwszy raz

Kilka lat temu przeczytałem powieść „Madame” Antoniego Libery. Dziś uważam, że to jedna z najlepszych i najważniejszych wśród przeczytanych przeze mnie książek i zawsze gdy myślę o czymś co się wydarza po raz pierwszy w moim życiu, z czym po raz pierwszy mam do czynienia, zawsze wtedy przypominam sobie te kilka wersów z wiersza Hölderlina, mówiące o tym, że najważniejszy w życiu jest jego początek.

Nie będę pisał o „Madame”, dlatego wybrałem inne zdjęcie na nagłówek tego wpisu. Zanim jednak wyjaśnię dlaczego wybrałem właśnie takie, chciałbym zacząć od Hölderlina i tych kilku wersów, które mam w głowie. W jednym z tłumaczeń brzmią one tak:

„Bo jesteś, jakim się rodzisz.
Żadne ograniczenia ani też wychowanie
Nie mają takiej mocy
Jak same narodziny,
Jak pierwszy promień światła
Dla nowonarodzonego.”

Z kolei w innym, mniej więcej tak:

„bowiem jakim się narodziłeś,
takim pozostaniesz:
gdyż więcej niż niedola
czy też wychowanie
znaczy chwila narodzin –
światła promień,
który narodzonego wita.”

Mam wrażenie, że dokonuję nadinterpretacji tych słów. Nie znam się z resztą na poezji, nie czytam jej, nie analizuję. Być może kiedyś się to zmieni, tymczasem wracając do wspomnianej nadinterpretacji to wyobrażam sobie, że takimi „małymi” narodzinami jest każdy nowy dzień, nowa sytuacja w której się znajduję i nowe wydarzenie, którego doświadczam. Oczywiście, że nie rodzę się ani mentalnie ani metafizycznie każdego dnia, albo przy każdej, mającej znamiona ważnej okazji. Nie o to mi chodzi. Mam na myśli przede wszystkim kontekst, ten pierwszy promień światła, który danej chwili towarzyszy.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania można by powiedzieć, że wszystko co się wydarza, wydarza się po raz pierwszy, a skoro tak jest to automatycznie każdy z tych pierwszych razów nabiera szczególnego znaczenia. Nie ważne czy jest ono mniejsze czy większe, ale w danej chwili jest po raz pierwszy i to jest najważniejsze. Nie chcę jednak myśleć o tym aż tak szeroko, bo dotrę za chwilę do sławnego „panta rei” i okaże się, że wszystko się zmienia, bo taki jest świat, że dziś jest tak a jutro inaczej i że to jest całkiem normalne. Chciałbym się skupić na pewnej dziedzinie, która dotyczy moich doświadczeń i tych promieniach światła, o których wspomniałem.

Kawa. Zacznę więc od kawy i chyba na niej skończę bo dzięki temu przykładowi chcę pokazać jak działa moje wyobrażenie tych pierwszych razów. Pierwsza kawa z chemexu, pierwsza kawa z aeropressu, czy ta najwcześniejsza – pierwsza kawa z drippa. Gdyby nie kilka szczególnych okoliczności, które wystąpiły gdy po raz pierwszy próbowałem kawy zaparzanej alternatywnie, prawdopodobnie nigdy bym tych urządzeń nie kupił. Tym pierwszym promieniem były entuzjazm, chęć poznania czegoś nowego w dziedzinie, która stała się dla mnie ważna i interesująca, wreszcie Internet, w którym przed laty trochę przypadkowo znalazłem informacje dotyczące dripperów Hario i oczywiście kolejno spotykani bariści w różnych kawiarniach w Polsce, którzy widząc mój entuzjazm chętnie dzielili się wiedzą i doświadczeniem związanym z parzeniem kawy. Ale zanim pojawiła się speciality coffee to przecież była kawa jako taka. Jak się pojawiła po raz pierwszy? Późno, bo dopiero na studiach i niestety miała często postać wodnistego napoju w plastikowym kubeczku, który po wrzuceniu 1 zł w zawrotnym tempie nalewany był przez stojący w uczelnianym korytarzu automat wątpliwego pochodzenia i jakości. Dziś nie nazwałbym tego kawą, nawet napojem kawopodobnym, ale wówczas piło się wszystko co nam dawano. Potem przyszedł czas na coś znacznie lepszego, zaparzanie kawy „po polsku”, czyli zalewanie zmielonej marketowej kawy wrzącą wodą i potrząsanie kubkiem po około dwóch minutach żeby fusy opadły na dno i żeby kawę można było uznać za zaparzoną. Tego też nie wspominam dziś ze szczególną dumą i nie pijam już prawie w ogóle tak przyrządzonej kawy, a jednak tak było i to był w pewnym sensie ten kolejny pierwszy raz, kolejny promień który w jakiś tam sposób mnie ukształtował. Na tym poprzestanę, ale kiedyś, w innym wątku dokończę ten kawowy życiorys.

Możesz ze mną polemizować, mówić, że niepotrzebnie tak się nad tym rozczulam i zastanawiam, że po prostu tak się ułożyło, tak miało być, że to normalna kolej rzeczy, albo nie, powiedz, że sam wybrałem taką drogę, że wszystko co robię to moje autonomiczne, świadome decyzje i że wspomniany przykład kawy jest słaby, bo idea od której zacząłem dotyczy znacznie ważniejszych, metafizycznych spraw. I masz rację, zgadzam się z Tobą, ale jednocześnie zostaję też przy swoim. Wierzę, że nawet teraz, gdy piszę coś tak absurdalnego to w pewnym sensie dzieje się to po raz pierwszy, a gdy dodam, że myśl, którą podjąłem próbowałem wyrazić od ponad dwóch tygodni to wierzę dodatkowo w to, że dopiero dziś pojawiły się sprzyjające okoliczności, właściwy promień światła, by uznać to za ten konkretny pierwszy raz. Rozumiesz? Nie? Nie szkodzi.

One comment

  1. Ja Cię całkowicie rozumiem. Każde wydarzenie w naszym życiu, czy dobre czy złe przygotywuję nas do kolejnego. Wzmacnia nas (tak jak Edmunda w więzieniu.). To światło się nazywa „enlightment” i uważam że jesteś „enlightened.” Przeszedłeś na druga stronę :). Mówię o tej stronie życia która jest na wyszszych wibracjach i teraz możesz wszystko bo Twój 6 zmysł został uaktywniony i teraz będziesz jeszcze bardziej wrażliwy i czuł i słyszał jeszcze więcej. Będziesz dostawał różne znaki, widział „czerwone flagi”, czyli ostrzeżenia ale i zielone też. To jest taki stan umysłu gdzie ego znika i miłość się staje wszytkim. Ja wiem bo sama to doświadczam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s