Skandaliści PRL

skandalisci

Będąc „na fali” ikon popkultury tamtych czasów przez przypadek zobaczyłem w empiku tą książkę. O tym, że ją kupiłem zdecydowały dwa nazwiska: Hłasko i Tyrmand, ale co ciekawe czarnym koniem okazał się …

Kiedyś czytałem biografię Marka Hłasko pt. „Opowiem Wam o Marku”. Niestety dziś już niewiele z niej pamiętam, czy było w niej wszystko to o czym wspomina u siebie Sławomir Koper, właściwie nie pamiętam też czy sama książka mi się podobała czy nie. Nie ma to teraz znaczenia, a zmierzam do tego żeby powiedzieć, że książka „Skandaliści PRL” jest interesująca, bardzo. Jedyna wątpliwość to jej tytuł, ale z drugiej strony przecież nie da się zaprzeczyć, że jej bohaterowie byli barwnymi postaciami obyczajowymi w epoce, w której żyli, a epoką tą był PRL, temu też zaprzeczyć nie można. Tak czy inaczej, zestawienie skandaliści PRL brzmi jak produkt, jak tania sensacja, jak tabloid i paparazzi. Na szczęście tylko brzmi. Jeżeli to pomogło w sukcesie czytelniczym to się cieszę.

Marek Hłasko to piękny i utalentowany chłopak, który w pierwszej fazie swojej kariery potrafi posługiwać się swoimi atutami. Jest szeroko adorowany przez ówczesne, niejawne przecież na poziomie opinii publicznej środowisko gejowskie, Jerzego Andrzejewskiego czy Jarosława Iwaszkiewicza. Panowie Ci piszą do niego listy, które śmiało można określić miłosnymi. Jednocześnie Marek jest obiektem pożądania praktycznie wszystkich kobiet, które spotyka na swojej drodze. Ludzie miewają wątpliwości, czy to on jest autorem tego co publikuje. Dlaczego? Otóż Marek jest na niekończącej się imprezie. Praktycznie wszędzie można go spotkać. Gdy wyjeżdżał z Polski w lutym 1958 roku nic nie wskazywało na to, że tu więcej nie wróci. Gdy wyjeżdżał był niejako po słowie z Agnieszką Osiecką, przyjęła jego zaręczyny, ale nigdy więcej się nie spotkali. Marek z zagranicy wysłał jej kożuch, w którym potem chodził Wojtek Frykowski. Zaciekawił mnie wątek Ester – prawdopodobnie jedynej prawdziwej miłości Hłaski, poznanej w Izraelu. Niestety w tej książce jest potraktowany dość syntetycznie. Ciekawe jest jeszcze to, że Hłasko o śmierci Krzysia Komedy dowiedział się kilkanaście dni (20?) po jego pogrzebie. Już nie pamiętam czy Tomasz Lach wyjaśniał to w swojej książce, w tej mnie to zaintrygowało.

Władysław Broniewski to jest właśnie ten „czarny koń”.  Broniewski zaimponował mi swoim życiem, nie tylko tym literackim ale przede wszystkim osobistym. Oczywiście mówię tak w kontekście tego, czego dowiedziałem się z książki Sławomira Kopra. Nie znałem wcześniej innych losów pana Władysława, no może poza propagandową informacją, że był najważniejszym piewcą PRLu. Z tej książki dowiedziałem się, że owszem miał poglądy komunistyczne, szybko jednak je zweryfikował i nigdy nie był ortodoksyjny. Za partą opowiedział się właściwie z konieczności, gdy potrzebował pieniędzy na zagraniczne leczenie swojej drugiej żony. Nie polemizuję z tym czy było to cyniczne czy nie. Wyobrażam sobie, że każdy mógłby na jego miejscu dokonać takiego wyboru. U Broniewskiego fascynuje życiorys – walka na froncie pierwszej (był piłsudczykiem) i drugiej wojny światowej, poglądy – miał je wyraziste i sprecyzowane, wyrażał je głośno, nie bał się mówić o ważnych sprawach (nie dotyczy to polityki jako takiej), alkohol – był z nim od zawsze i wszędzie, i wreszcie kobiety – kochały go szczerze i on je kochał, miał ich dużo. Poruszył mnie wątek Anki, córki pisarza z pierwszego małżeństwa. Jej śmierć, przypadkowa, bezsensowna właściwie sprowadziła Broniewskiego na drogę ku ostatecznemu wyniszczeniu. Prawdopodobnie zasnęła, gotując herbatę, woda zgasiła płomień, Anka umarła we śnie.

Leopold Tyrmand to człowiek, o którym jeszcze dowiemy się wielu ciekawych rzeczy, takie mam przeczucie. W książce Kopra jest kilka najważniejszych wątków z jego życia, ale przecież Tyrmand dziś wraca szerzej do świadomości ludzi. Znów czyta się jego książki, słucha się jazzu, rozmawia się o nim. Przechrzta, który miał sporo szczęścia przeżywając wojnę. Tuż przed wojną studiował przez rok w Paryżu, po wybuchu wojny przedostał się z Warszawy do Wilna, w 1941 na ochotnika (jeżeli można tak powiedzieć) zgłosił się na roboty przymusowe do Niemiec, a wreszcie pod koniec wojny wylądował w Norwegii, gdzie był w obozie koncentracyjnym niedaleko Oslo. Gdy wrócił po wojnie do kraju pracował jako dziennikarz, uznawany był za światowca, nie tylko dzięki legendarnym kolorowym skarpetkom, ale też dzięki popularyzacji jazzu. Tyrmand z kart książki Kopra jawi się jako człowiek potrafiący stworzyć wokół siebie aurę wyjątkowości pomimo, że nie był człowiekiem bogatym. Przez dziesięć powojennych lat mieszkał w 6 metrowym pokoiku w budynku YMCA w Warszawie. Lolo był przechrztą, do judaizmu wrócił będąc już w Stanach. Związany był z Barbarą Hoff, byli małżeństwem, rozwiedli się korespondencyjnie. Tyrmand założył  w Stanach nową rodzinę, miał dwójkę dzieci (bliźnięta), zmarł w 1985 roku, będąc wówczas w Polsce praktycznie zapomnianym.

Wojtek Frykowski nie wzbudzał mojej sympatii wcześniej. Teraz też trudno powiedzieć inaczej, tylko w książce Kopra dowiedziałem się więcej o nim i jego rodzinie. Ciekawie zabrzmiało to, że senior rodu Frykowskich, łódzki fabrykant chusteczek, który mimo upaństwowienia gospodarki był prosperującym przedsiębiorcą, był też swego rodzaju ojcem chrzestnym zarządzanego przez siebie imperium. Jego syn Wojtek był po prostu dzieckiem bajecznie bogatego ojca. Szalał, bawił się, awanturował, bił, szukał uznania w środowiskach młodej inteligencji. Marzył o dostaniu się do przemysłu filmowego, jaki by on wówczas nie był. Sfinansował powstanie pierwszego filmu Romana Polańskiego, co spowodowało dług wdzięczności ale też rozpoczęło przyjaźń pomiędzy nimi. Wojtek przez kilka lat był mężem Agnieszki Osieckiej, ale ten związek nie przetrwał. Wyemigrował do Stanów w nadziei na zrobienie kariery scenarzysty, ale nie udało mu się tych planów zrealizować. Jego życiorys zza oceanu jest dość niejednoznaczny, przypominam sobie wątki z książki Tomasza Lacha i  to co napisał Sławomir Koper o śmierci Wojtka. Został zabity w posiadłości Romana Polańskiego przez członków bandy Mansona. Po śmierci polska prasa pisała, że tragedia jest efektem narkotykowych powiązań Wojtka, że to po niego przyszli mordercy. Romanowi Polańskiemu też się oberwało, jako organizatorowi satanistycznych orgii. O Wojtku Frykowskim naprawdę niewiele wiadomo. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że był zwykłym celebrytą, bogatym człowiekiem, który miał przede wszystkim pieniądze, a nie jakiś unikalny talent.

Rafał Wojaczek to postać na wskroś tragiczna. Pierwsze co mnie uderzyło to jego wzrost – ponad 190 cm, a więc był chłopakiem, którego było widać, ale który jednocześnie z punktu widzenia stereotypowego myślenia, nie wyglądał na wrażliwego poetę. Od wczesnej młodości dążył do samounicestwienia, okaleczał się z różnych powodów. Właściwie od poczatku było wiadomo, że Rafał kiedyś ze sobą skończy. Gdy mieszkał w Krakowie a później we Wrocławiu praktycznie wszystkie pieniądze jakie miał wydawał na książki, czytał dużo i stale. Dochodziło do tego, że rodzice, a rodzice utrzymywali go do końca, posyłali pieniądze jego znajomym, by oni robili mu zakupy i go karmili. Zdarzało, że żył do tego stopnia oszczędnie, że prawie nic nie jadł i palił niedopałki. Był alkoholikiem. Zmarł zażywając dużą dawkę różnych leków. Napisał na kartce jakie leki zażył i w jakich ilościach, położył ją na stoliku koło łóżka. W mieszkaniu była jego współlokatorka, ale nie zainteresowała się ciszą panującą w pokoju Rafała. Znaleziony został po wielu godzinach, ale było już za późno. Rafał Wojaczek urodził się w Mikołowie, jego grób znajduje się we Wrocławiu i to z tym miastem jest najbardziej związane jego nazwisko.

Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz to można powiedzieć alkoholowe papużki nierozłączki. Znów alkohol, znów wytrzymujące to wszystko kobiety. Ich historia kończy książkę Sławomira Kopra. Jest przepełniona anegdotami na temat ich alkoholowych ekscesów. Godny zapamiętania jest krótka relacja z planu filmowego „Rejsu”, podczas kręcenia którego obaj panowie praktycznie nie trzeźwieli. Maklakiewicz był bardzo związany z matką, można powiedzieć że był synkiem mamusi, do końca. Himilsbach był zafascynowany Markiem Hłasko, a Maklakiewicz podziwiał Zbyszka Cybulskiego. Obaj panowie lubili się spierać na temat wyższości jednego ze swoich bohaterów nad drugim. Jan Himilsbach to pisarz samouk, podziwiany przez współczesne mu środowisko literackie, Zdzisław Maklakiewicz to mistrz drugiego planu z aspiracjami na rolę główną, której albo się bał, albo rzeczywiście nikt mu jej nie dał.

Ciekawy, krótki artykuł o tej książce LINK.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s