Akustycznie i niesamowicie

nigelkennedy

To było coś. Nie spodziewałem się takich przeżyć, a jednak pan Nigel mnie zaskoczył. Tylko dlaczego miałby mnie nie zaskoczyć?

Szalony dzień, od rana Wrocław, potem szybko do Ostrowa i na 19 na koncert do Kina Komeda. Nigel Kennedy, uznana marka w świecie muzyki. Ale jakiej? Klasycznej, etnicznej, jazzowej, rockowej? Skrzypek, więc niby klasycznej w pierwszej kolejności. Przyznam szczerze znam nazwisko, widziałem go kilka razy przelotem w telewizji i tyle. Ekscentryczny gość, tak z wyglądu jak i z obycia, o czym się przekonałem podczas koncertu. Oryginał, który ma żonę Polkę, o czym dowiedziałem się z jakiegoś internetowego portalu plotkarskiego. No dobrze, jak było?

Miałem najlepsze miejsce w historii. Rząd 2, miejsce 13, na samym środku przy przejściu. Artysta na wyciągnięcie ręki. Jak się okazało miejsce miało podczas tego koncertu kolosalne znaczenie. Nigel Kennedy wymyślił sobie program akustyczny na tegoroczne koncerty. Tak, program, który podobno można zagrać w miejscach o naturalnej akustyce. W Kinie Komeda jest taka niewątpliwie. Cztery zbierające mikrofony, dwa zawieszone nad sceną, jeden przy kontrabasie i jeden pomiędzy gitarą a perkusją. Po bokach sceny dwa monitory Bose w formie dwumetrowych słupów. Wszystkie kable pochowane gdzieś z tyłu, nic nie ciągnęło się po scenie. Na środku sceny ascetyczny szklany przeźroczysty parawan, do odbijania dźwięku w kierunku widowni. W obrębie parawanu hoker dla kontrabasisty, dwa bębny, talerz i taboret dla perkusisty oraz hoker dla gitarzysty. Po lewej stronie sceny biedereierowski salonik złożony z kanapy, dwóch foteli i stolika. Na stoliku zapalona lampa, termos z kawą i dwie filiżanki. Przez cały koncert w jednym z foteli siedział długowłosy, niepozorny chłopak z obsługi i słuchał w zachwycie. W drugiej połowie koncertu na stoliku pojawiło się 6 butelek piwa żywiec.

Koncert rozpoczął się z 20 minutowym opóźnieniem. Może to było celowe zagranie, bo ja i mój sąsiad, którego zdążyłem poznać tylko przez pryzmat jego westchnień i marudzenia w kierunku jego żony, obydwaj byliśmy już nieco zdenerwowani. Pomyślałem sobie, że artysta jest kapryśny i lekceważy publiczność. Pierwsze dwa utwory potwierdzały trochę moje przypuszczenia. Zagrał je praktycznie solo, moje uszy i uszy widowni musiały się przyzwyczaić do takiego dźwięku skrzypiec, bez wzmocnienia, retuszu, czy chociażby sekcji rytmicznej w tle. Grał mistrzowsko, ale sam. Pozostali muzycy z tyłu w ciszy słuchali. Pierwsza część koncertu dotyczyła utworów J.S.Bacha. Nigel Kennedy wraz z zespołem rozkręcali się przez kilkanaście minut, ale gdy kończyli pierwszą część to musieli już po raz pierwszy tego wieczoru bisować – tak się wszystkim podobało.

Przerwa pomiędzy częściami koncertu niestety była dwa razy dłuższa niż zapowiadano, zamiast 15 minut trwała 30. No ale cóż, to co wydarzyło się po niej zrekompensowało wszystko to co mogło wydawać się niedociągnięte tego wieczoru. Piękna 20 minutowa etiuda czy raczej epitafium dla zmarłego przed miesiącem Jarka Smietany, znakomitego gitarzysty jazzowego, wcisnęła mnie w fotel. Ani razu nikt nie przerwał im brawami, myślę, że wszystkich zamurowało tak jak mnie. Kolejne dwa utwory były również dość klimatyczne, wydaje mi się, że Nigel też to przeżywał, był wyraźnie spokojniejszy niż w pierwszej części koncertu i niż był później. A później, no właśnie, później było co raz lepiej. Niesamowity kontakt artysty z publicznością, swobodna, momentami bezpośrednia rozmowa, niepozbawiona wulgaryzmów, ale powiedzianych żartobliwie. W zespole widać było cały czas zgranie, zachowywali się jak drużyna sportowa, „żółwiki” i objęcia po udanym kawałku, salutowanie w kierunku publiczności – to się po prostu podobało.

Artyści towarzyszący nie mieli łatwego zadania. Mieli do dyspozycji ubogi warsztat, nie mieli prądu, a wydobywali ze swoich instrumentów niesamowite dźwięki. Każdy zrobił ogromne wrażenie. Perkusista na 2 bębenkach i talerzu wyczyniał cuda, kontrabasista pocił się i szarpał struny z wyjątkowym zaangażowaniem, a gitarzysta miał aparycję chłopaka, którego po prostu nie można nie polubić, a to co wyczyniał na swojej bezprądowej gitarze powodowało ciarki niejeden raz.

Nigel kennedy i jego grupa dostali w Ostrowie 3 owacje na stojąco. Sam nie wiem ile razy bisowali, pięć albo sześć. Gdy schodzili wreszcie ze sceny miało się wrażenie, że to nasi dobrzy koledzy się z nami żegnają. Sam do nich machałem i salutowałem.

Koncert zakończył się grubo po 22. Długo, a jeszcze trzeba było wrócić do Poznania. Ale było warto, oj jak bardzo warto.

kennedy_poziom

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s